Późnym wieczorem przyszła do naszego domku Lidia. Zdziwiłem się, lecz Amina, gdy ją zauważyła od razu się uśmiechnęła i zaprosiła do środka.
- Masz dla nas jakieś informacje? - zapytała.
- Tak, na pewno was ucieszą.
- No mów.
- No więc, jest to plemię z południa, żyje w górach. Wiem, że mówił prawdę, ponieważ ma wyryty znak na plecach. Bardzo wiele słyszałam o tym plemieniu. Moja rodzina przez wiele lat toczyła z nimi wojnę. Podczas walki nie wiedziałam, że to oni, przepraszam. Znam ich czułe punkty, mogło by nam to pójść szybciej.
- Nie szkodzi, Lidio. Wszystko jest dobrze. Czy coś jeszcze wiadomo ci o ich napaści?
- Tak. Byli to ostatni ludzie z wioski. Nikt tam nie został. Jednak moim zdaniem to było kłamstwo i polecałabym kogoś tam wysłać.
- Ale to bardzo daleko - wtrąciłem się.
- Tak - wciąż spokojnie mówiła Lidia - ale mamy Jednorożce i niesamowicie zwinnych i szybkich szpiegów, łowców a także wojowników. Myślę, że najlepiej do tego zadania nadawałyby się 3 osoby: Amersau, Rebecca i wykrywająca kłamstwa Eller.
- Pomowisz z nimi? - zapytałem.
<Lidia?>
poniedziałek, 2 września 2013
Nowy elf!
Imię: Erick
Płeć: Elf (mężczyzna)
Wiek:130 lat
Żywioł: Mrok
Moce: Potrafi stworzyć demona, jak chce za każdym jego krokiem będzie czarny ogień.I inne moce związane z mrokiem.
Cechy: Szarmancki, niecierpliwy, lubi się śmiać, nieśmiały, odważny.
Nadzwyczajne umiejętności: Może stać się niewidzialnym, potrafi wzniecić czarny ogień nie wiedząc o tym i dużo innych rzeczy.
Historia: Był wygnańcem jako dziecko, wszyscy nim pomiatali nie lubili.Podróżował ze swym jednorożcem.Aż w końcu dotarł do plemienia i tam zamieszkał.
Rodzina: Już nie ma.
Jednorożec: Percy
Stanowisko: Wojownik.
Partner: Mikejla'De Loorm
Właściciel: Mikejla19
Inne: Zamienia się w wilka:
Od Celtii do Allison "Pałac w samotnym lesie - opowiadanie Celtii nr. 1"
Byłam znużona samą podróżą, więc po krótkiej rozmowie ułożyłam się do spania w prowizorycznym śpiworze. Zanim się obejrzałam, zasnęłam.
Śniło mi się, że w Pałacu w Samotnym Lesie zaatakowały nas dusze broniące owy budynek, które jednak udało nam się pokonać. To było koszmarne przeżycie.
Obudziłam się wcześnie rano, wraz z budzącym się słońcem. Allison spała - normalne. Cicho podniosłam się i rozpalliłam ponownie ognisko, które przez noc zgasło. Przygotowałam ruszt i wyciągnęłam jedną kaczkę. Nałożyłam kawałek jej mięsa na patyk i zaczęłam smażyć. Obracałam zwierzę nad płomieniem i przyglądałam się, jak powstaje chrupiąca, złocista skórka. W tym czasie ze śpiwora podniosła się Allison.
- Obudziła mnie woń pieczonej kaczki, myślałam, że to sen - zaśmiała się wesoło - Dawno jej nie jadłam.
- Załatwiłam specjalnie dla ciebie - uśmiechnęłam się.
W ciszy zjadłyśmy śniadanie, spakowałyśmy się i wyruszyłyśmy w dalszą podróż.
Jechałyśmy kilka godzin, które mimo wszystko minęły bardzo szybko. Nasze jednorożce, bez żadnego nakazu, zatrzymały się przed ciemnym, ogromnym lasem.
- Chyba dojechałyśmy do Samotnego Lasu... - mruknęłam.
Mimo nacisków, próśb i rozkazów Mane za nic nie chciała wjechać do lasu. Zeskoczyłam z niej i pogłaskałam ją po pysku.
- Zostaniesz tu, ale nigdzie nie uciekaj. Jakby coś się działo, zawołaj mnie - powiedziałam.
- Jak ma cię zawołać? - prychnęła Allison, która również zsiadła z jednorożca.
- Zarży, przecież umiem się porozumiewać ze zwierzętami - stwierdziłam.
To samo przekazałam pupilowi mojej przyjaciółki. Biorąc głęboki wdech przekroczyłyśmy pierwsze drzewo należące do Samotnego Lasu.
Pośród wysokich konarów, opadających liści i wysokiej trawy było ciemno i mroczno. Wydawać się mogło, że ktoś wyssał wszelkie kolory z roślinności otaczającej nas.
- Wiesz gdzie dokładnie znajduje się ten Pałac? - spytała przerażona otoczeniem Allison.
- 30 kroków na wschód od największego drzewa w tym okropnym miejscu - przeszedł mnie dreszcz strachu.
Zaczęłyśmy się rozglądać. Szukałyśmy owego największego drzewa, które miało być jakby kompasem, wskazującym drogę do celu. Nie było ciężko - tuż przed nami znajdował się ogromny pień, którego obejście zajęłoby nam dobre dwie godziny.
- No nieźle - mruknęłam.
- Teraz odliczamy 30 kroków na wschód - podała komendę Allison i ruszła w stronę, gdzie znajdować miał się Pałac, a ja za nią.
Miałyśmy rację; po 30 krokach naszym oczom ukazał się ogromny, ceglany budynek. W dachu była dziura, przez którą do środka kapały resztki porannej rosy z liści drzew. Kamienne, poździerane schody prowadziły do uchylonych, drewnianych drzwi w makabrycznym stanie. Miejsce wyglądało niczym z horroru.
- Co to właściwie za pałac? - Allison przełknęła ślinę w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Mieszkał tu niegdyś stary król, którego syn porywał i zabijał młode kobiety - powiedziałam szeptem - Jego macocha potępiła go za to, kiedy tajemnica wyszła na jaw i skazała na ścięcie. Podobno dusze zabitych tutaj dam straszą do dzisiaj, dlatego nikt nie ośmielił się tu wejść - dokończyłam.
Allison spiorunowała mnie wzrokiem, jakby chciała nawrzeszczeć na mnie, że ją tu zabrałam.
Nieśmiało zbliżyłyśmy się do schodów. Kiedy weszłam na pierwszy stopień, drobne kamyczki zaczęły od niego odpadać. Szybko przeskoczyłam resztę, aby uniknąć nieptorzebnego stukotu i hałasu. Niestety, było wręcz przeciwnie - deski werandy głośno zaskrzypiały.
- Co ty wyrabiasz? - szepnęła Allison, delikatnie stąpając obok mnie - Chcesz na wejściu skazać nas na wieczne potępienie? - jej szept przeszedł w pisk.
Otworzyłam szeroko oczy. Aż tak źle? - pomyślałam.
Moja przyjaciółka zerknęła przez szparkę między drzwiami a framugą.
- Ciemno tam, bardzo ciemno - powiedziała - Musimy wejść, inaczej nic nie zobaczymy.
- I tak byśmy tam weszły - pokręciłam głową.
Allison sięgnęła po klamkę. Wstrzymała oddech i pociągnęła drzwi w swoją stronę. Zaskrzypiały. Przygryzłam wargi, w oczekiwaniu na głosy dochodzące ze środka, jednak nic nie usłyszałam.
- Idź powoli, będę cię osłaniać - zakomunikowałam.
Widziałam, jak Allison przytakuje. Powoli ruszyła do środka, w międzyczasie wyciągając z podręcznej sakiewki świeczkę i krzemienie, aby ją zapalić. Kiedy w końcu jej się udało, przed nami ukazał się duży hol, w którym roiło się od karaluchów.
- Ble - skomentowałam cicho.
Ostrożnie kierowałyśmy się ku schodom na piętro. Naszym celem było dotarcie tu... i co? Właśnie, i co dalej? Czy to miał być koniec naszej podróży?
Jakby w odpowiedzi na moje pytanie w myślach, usłyszałyśmy jęk. Przyjaciółka odwróciła się w moją stronę i spytała:
- Czy mam już halucynancje, czy słyszałam jęk?
- Też to słyszałam - przerwałam, bo w pałacu znowu rozszedł się odgłos jęczenia - Dochodzi z góry. Idziemy!
Odważnie, nie zważając na skrzypienie schodów wdrapałyśmy się do góry. Zatrzymałyśmy się i znowu usłyszałyśmy jęki. Dochodziły z pokoju na końcu korytarza, zamkniętego pokoju.
- Idziemy - powtórzyłam z naciskiem, chociaż wiedziałam, że moja towarzyszka ma takie same zdanie.
Ruszyłyśmy w stronę dębowych, ciemnych drzwi. Nacisnęłam klamkę i ku mojemu zdziwieniu otworzyłam je. W środku znajdowało się jedynie duże okno, lekko oświetlające pomieszczenie. Pod oknem siedział związany elf. Jego oczy skierowały się w naszą stronę, a ciemne jak noc tęczówki błagały o pomoc. Bliżej przyglądając się postaci, dało się zauważyć, że to kobieta o jasnej karnacji, z jasnymi jak słońce włosami opadającymi luźno na ramiona. Miała związane usta, ręce i nogi i nie mogła się ruszyć.
Allison podbiegła do niej i pierwsze co rozwiązała jej ciasną szmatkę zawiązaną wokół twarzy.
- Kto ci to zrobił? - spytała prosto z mostu.
- Dusze - wychrypiała elfka, łapiąc oddech.
W tym momencie za plecami Allison, jak z ziemi wyrósł cień postaci. Półprzeźroczysty elf o czerwonych jak krew oczach i nienawiści wypisanej na twarzy. Patrzył prosto na mnie.
Z wrażenia upuściłam świeczkę, która poturlała się do kąta i zgasła. Zamarłam w bezruchu. Co się miało stać teraz? W pokoju panowała cisza, bałam się ruszyć, słyszałam jedynie bicie swojego serca.
Po chwili znienacka w pokoju rozbłysło światło z małej latarni na drugim końcu pokoju, a nieznany stwór rzucił się na mnie ze szponami. Przewrócił mnie i podrapał po twarzy. Do akcji wkroczyła Allison, która wskoczyła przeciwnikowi na plecy i zaczęła go dusić. Na jej dłoniach widziałam małe płomyki ognia, które naznaczały skórę wroga. Zjawa wrzasnęła okrutnie przeszkadzającym tonem i zrzuciła Allison z grzbietu. Skorzystałam z okazji i skupiłam się na nicości, robiąc się niewidzialna. Dumna z siebie, spoglądałam w oczy elfowi, który mnie zaatakował, a teraz był zdziwiony i puścił mnie, będąc w szoku po moim zniknięciu. Z całej siły kopnęłam go w klatkę piersiową i złapałam się wysoko umieszczonej klamki na drzwiach, aby podnieść się i złapać równowagę. Kiedy cień znowu zaatakował, skutecznie uniknęłam ciosu, pochylając się i podhaczyłam go. Przewrócił się. Wtedy Allison jednym pstryknięciem rozpaliła ognisty krąg wokół potwora tak, aby nie mógł się wydostać.
- Wiesz, jak można go zniszczyć? - krzyknęłam do wcześniej uratowanej elfki, starając się być głośniejszą od trzaskających iskier.
- Odrobina wosku - wychrypiała.
Spojrzałam na leżącą w kącie świeczkę. Spojrzałam na moją przyjaciółkę, która od razu wiedziała o co chodzi. Sięgnęła po przedmiot i podpaliła go najmocniejszym ogniem. Rzuciła tym prosto w stronę ognistego kręgu, w którym siedział elf. Zaczął kryczeć, po czym powoli stopił się i zniknął.
Ciężko oddychając podeszłam do uwięzionej elfki i rozwiązałam jej dłonie i stopy.
- Dziękuję - uśmiechnęła się smutno. Razem z Allison wzięłyśmy ją pod ramiona i wyszłyśmy z pałacu, w stronę jednorożców.
Śniło mi się, że w Pałacu w Samotnym Lesie zaatakowały nas dusze broniące owy budynek, które jednak udało nam się pokonać. To było koszmarne przeżycie.
Obudziłam się wcześnie rano, wraz z budzącym się słońcem. Allison spała - normalne. Cicho podniosłam się i rozpalliłam ponownie ognisko, które przez noc zgasło. Przygotowałam ruszt i wyciągnęłam jedną kaczkę. Nałożyłam kawałek jej mięsa na patyk i zaczęłam smażyć. Obracałam zwierzę nad płomieniem i przyglądałam się, jak powstaje chrupiąca, złocista skórka. W tym czasie ze śpiwora podniosła się Allison.
- Obudziła mnie woń pieczonej kaczki, myślałam, że to sen - zaśmiała się wesoło - Dawno jej nie jadłam.
- Załatwiłam specjalnie dla ciebie - uśmiechnęłam się.
W ciszy zjadłyśmy śniadanie, spakowałyśmy się i wyruszyłyśmy w dalszą podróż.
Jechałyśmy kilka godzin, które mimo wszystko minęły bardzo szybko. Nasze jednorożce, bez żadnego nakazu, zatrzymały się przed ciemnym, ogromnym lasem.
- Chyba dojechałyśmy do Samotnego Lasu... - mruknęłam.
Mimo nacisków, próśb i rozkazów Mane za nic nie chciała wjechać do lasu. Zeskoczyłam z niej i pogłaskałam ją po pysku.
- Zostaniesz tu, ale nigdzie nie uciekaj. Jakby coś się działo, zawołaj mnie - powiedziałam.
- Jak ma cię zawołać? - prychnęła Allison, która również zsiadła z jednorożca.
- Zarży, przecież umiem się porozumiewać ze zwierzętami - stwierdziłam.
To samo przekazałam pupilowi mojej przyjaciółki. Biorąc głęboki wdech przekroczyłyśmy pierwsze drzewo należące do Samotnego Lasu.
Pośród wysokich konarów, opadających liści i wysokiej trawy było ciemno i mroczno. Wydawać się mogło, że ktoś wyssał wszelkie kolory z roślinności otaczającej nas.
- Wiesz gdzie dokładnie znajduje się ten Pałac? - spytała przerażona otoczeniem Allison.
- 30 kroków na wschód od największego drzewa w tym okropnym miejscu - przeszedł mnie dreszcz strachu.
Zaczęłyśmy się rozglądać. Szukałyśmy owego największego drzewa, które miało być jakby kompasem, wskazującym drogę do celu. Nie było ciężko - tuż przed nami znajdował się ogromny pień, którego obejście zajęłoby nam dobre dwie godziny.
- No nieźle - mruknęłam.
- Teraz odliczamy 30 kroków na wschód - podała komendę Allison i ruszła w stronę, gdzie znajdować miał się Pałac, a ja za nią.
Miałyśmy rację; po 30 krokach naszym oczom ukazał się ogromny, ceglany budynek. W dachu była dziura, przez którą do środka kapały resztki porannej rosy z liści drzew. Kamienne, poździerane schody prowadziły do uchylonych, drewnianych drzwi w makabrycznym stanie. Miejsce wyglądało niczym z horroru.
- Co to właściwie za pałac? - Allison przełknęła ślinę w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Mieszkał tu niegdyś stary król, którego syn porywał i zabijał młode kobiety - powiedziałam szeptem - Jego macocha potępiła go za to, kiedy tajemnica wyszła na jaw i skazała na ścięcie. Podobno dusze zabitych tutaj dam straszą do dzisiaj, dlatego nikt nie ośmielił się tu wejść - dokończyłam.
Allison spiorunowała mnie wzrokiem, jakby chciała nawrzeszczeć na mnie, że ją tu zabrałam.
Nieśmiało zbliżyłyśmy się do schodów. Kiedy weszłam na pierwszy stopień, drobne kamyczki zaczęły od niego odpadać. Szybko przeskoczyłam resztę, aby uniknąć nieptorzebnego stukotu i hałasu. Niestety, było wręcz przeciwnie - deski werandy głośno zaskrzypiały.
- Co ty wyrabiasz? - szepnęła Allison, delikatnie stąpając obok mnie - Chcesz na wejściu skazać nas na wieczne potępienie? - jej szept przeszedł w pisk.
Otworzyłam szeroko oczy. Aż tak źle? - pomyślałam.
Moja przyjaciółka zerknęła przez szparkę między drzwiami a framugą.
- Ciemno tam, bardzo ciemno - powiedziała - Musimy wejść, inaczej nic nie zobaczymy.
- I tak byśmy tam weszły - pokręciłam głową.
Allison sięgnęła po klamkę. Wstrzymała oddech i pociągnęła drzwi w swoją stronę. Zaskrzypiały. Przygryzłam wargi, w oczekiwaniu na głosy dochodzące ze środka, jednak nic nie usłyszałam.
- Idź powoli, będę cię osłaniać - zakomunikowałam.
Widziałam, jak Allison przytakuje. Powoli ruszyła do środka, w międzyczasie wyciągając z podręcznej sakiewki świeczkę i krzemienie, aby ją zapalić. Kiedy w końcu jej się udało, przed nami ukazał się duży hol, w którym roiło się od karaluchów.
- Ble - skomentowałam cicho.
Ostrożnie kierowałyśmy się ku schodom na piętro. Naszym celem było dotarcie tu... i co? Właśnie, i co dalej? Czy to miał być koniec naszej podróży?
Jakby w odpowiedzi na moje pytanie w myślach, usłyszałyśmy jęk. Przyjaciółka odwróciła się w moją stronę i spytała:
- Czy mam już halucynancje, czy słyszałam jęk?
- Też to słyszałam - przerwałam, bo w pałacu znowu rozszedł się odgłos jęczenia - Dochodzi z góry. Idziemy!
Odważnie, nie zważając na skrzypienie schodów wdrapałyśmy się do góry. Zatrzymałyśmy się i znowu usłyszałyśmy jęki. Dochodziły z pokoju na końcu korytarza, zamkniętego pokoju.
- Idziemy - powtórzyłam z naciskiem, chociaż wiedziałam, że moja towarzyszka ma takie same zdanie.
Ruszyłyśmy w stronę dębowych, ciemnych drzwi. Nacisnęłam klamkę i ku mojemu zdziwieniu otworzyłam je. W środku znajdowało się jedynie duże okno, lekko oświetlające pomieszczenie. Pod oknem siedział związany elf. Jego oczy skierowały się w naszą stronę, a ciemne jak noc tęczówki błagały o pomoc. Bliżej przyglądając się postaci, dało się zauważyć, że to kobieta o jasnej karnacji, z jasnymi jak słońce włosami opadającymi luźno na ramiona. Miała związane usta, ręce i nogi i nie mogła się ruszyć.
Allison podbiegła do niej i pierwsze co rozwiązała jej ciasną szmatkę zawiązaną wokół twarzy.
- Kto ci to zrobił? - spytała prosto z mostu.
- Dusze - wychrypiała elfka, łapiąc oddech.
W tym momencie za plecami Allison, jak z ziemi wyrósł cień postaci. Półprzeźroczysty elf o czerwonych jak krew oczach i nienawiści wypisanej na twarzy. Patrzył prosto na mnie.
Z wrażenia upuściłam świeczkę, która poturlała się do kąta i zgasła. Zamarłam w bezruchu. Co się miało stać teraz? W pokoju panowała cisza, bałam się ruszyć, słyszałam jedynie bicie swojego serca.
Po chwili znienacka w pokoju rozbłysło światło z małej latarni na drugim końcu pokoju, a nieznany stwór rzucił się na mnie ze szponami. Przewrócił mnie i podrapał po twarzy. Do akcji wkroczyła Allison, która wskoczyła przeciwnikowi na plecy i zaczęła go dusić. Na jej dłoniach widziałam małe płomyki ognia, które naznaczały skórę wroga. Zjawa wrzasnęła okrutnie przeszkadzającym tonem i zrzuciła Allison z grzbietu. Skorzystałam z okazji i skupiłam się na nicości, robiąc się niewidzialna. Dumna z siebie, spoglądałam w oczy elfowi, który mnie zaatakował, a teraz był zdziwiony i puścił mnie, będąc w szoku po moim zniknięciu. Z całej siły kopnęłam go w klatkę piersiową i złapałam się wysoko umieszczonej klamki na drzwiach, aby podnieść się i złapać równowagę. Kiedy cień znowu zaatakował, skutecznie uniknęłam ciosu, pochylając się i podhaczyłam go. Przewrócił się. Wtedy Allison jednym pstryknięciem rozpaliła ognisty krąg wokół potwora tak, aby nie mógł się wydostać.
- Wiesz, jak można go zniszczyć? - krzyknęłam do wcześniej uratowanej elfki, starając się być głośniejszą od trzaskających iskier.
- Odrobina wosku - wychrypiała.
Spojrzałam na leżącą w kącie świeczkę. Spojrzałam na moją przyjaciółkę, która od razu wiedziała o co chodzi. Sięgnęła po przedmiot i podpaliła go najmocniejszym ogniem. Rzuciła tym prosto w stronę ognistego kręgu, w którym siedział elf. Zaczął kryczeć, po czym powoli stopił się i zniknął.
Ciężko oddychając podeszłam do uwięzionej elfki i rozwiązałam jej dłonie i stopy.
- Dziękuję - uśmiechnęła się smutno. Razem z Allison wzięłyśmy ją pod ramiona i wyszłyśmy z pałacu, w stronę jednorożców.
niedziela, 1 września 2013
Od Kelly do Mikejli "Przechadzka i poznawanie siebie" cd.
-Ja też się z tego ciesze, chociaż ci się przyznam, że lubię sobie czasem powalczyć
-Heh...
-Miałam przeczucie, że wygramy, i się nie pomyliłam... - powiedziałam zamyślonym tonem.
-Też byłam takiej myśli - na ustach Mikejli pojawił się uśmiech.
-Co tam u ciebie? - zapytałam.
-A nic, nie wyspałam się dzisiaj - odpowiedziała.
-Ja spałam do jakiejś jedenastej dzisiaj.
(Mikejla? ;p)
-Heh...
-Miałam przeczucie, że wygramy, i się nie pomyliłam... - powiedziałam zamyślonym tonem.
-Też byłam takiej myśli - na ustach Mikejli pojawił się uśmiech.
-Co tam u ciebie? - zapytałam.
-A nic, nie wyspałam się dzisiaj - odpowiedziała.
-Ja spałam do jakiejś jedenastej dzisiaj.
(Mikejla? ;p)
Od Astarotha "Między rzeczywistościami - czyli początek"
Wędrował już na tyle długo, że stracił całkowicie poczucie czasu. Myliły mu się dni, szczególnie, że prawie nie sypiał. Noc w noc miał ten sam, powtarzający się w kółko sen. Niby powinien się przyzwyczaić, w końcu to jego domena…a mimo wszystko było to okropnie uporczywe, ostatecznie zmuszając go do podróży z jego małej samotni. Podróżował raczej w oddali od zabudowań, czasem tylko pozwalając sobie na uzupełnienie zapasów…a i to raczej w specyficznych okolicznościach. Zazwyczaj były to domki na uboczu, albo takie, w których „wyczuwał” odpowiednie dla siebie miejsce. Jednak były to nieliczne chwile, kiedy konieczność przewyższała jego chęci. Wolał bowiem polować pod postacią wilka….choć nieco stępiało to jego człowiecze odruchy…
Teraz siedział pod drzewem nieco nieprzytomnie spoglądając przed siebie…kiedy ostatnio spał normalnie? Kiedy w ogóle spał? Nie pamiętał. Przebłyski pamięci mieszały się z jego snami, więc chwilami nie potrafił odróżnić jednego od drugiego….
Jego zmysły wyczuły jednak coś. Nie umiał jednak zdecydować z „której” strony rzeczywistości dochodzą. Kiedy więc dostrzegł skradającą się postać, która do tego wyciągnęła miecz…zareagował instynktownie. Może zbyt pochopnie (jak się okazało), ale teraz nie miało to znaczenia. Czuł zagrożenie. Nie powiedział nic, zwyczajnie rzucił się na zaskoczoną postać…elfa jak zauważył w ostatnim przebłysku rozsądku.
Mimo wyczerpania walczył zacieklej niż zazwyczaj. Wyczuwał w tej osobie coś mrocznego, co wyraźnie mu się nie podobało.
Elf, z którym walczył nie był mu w żaden sposób dłużny, dlatego niemal z zabójczą sprawnością posyłali sobie ciosy…początkowo niecelne, by po chwili „zrozumienia” ruchów przeciwnika trafiać w jego słabe punkty.
Kilkakrotnie dostał w prawe ramię i pierś, ale sam zadał kilka krwawiących ran. Żaden nie ustępował i żaden nic nie mówił, a to potęgowało wrażenie snu…może za chwilę ma się obudzić? Jeśli tak…to nieźle da mu się to we znaki.
Obrót, unik, wypad, cięcie...i tak bez końca. Włócznia błyskała w blasku zachodzącego słońca. Obaj już ciężko oddychali ze zmęczenia, ale żaden nie ustępował…czemu w ogóle walczyli? Nie pamiętał…
Usłyszał jednak ostrzegawcze wycie. Ktoś się zbliżał. Jeśli był to ktoś od walczącego z nim elfa…nie utrzyma się. Zrobił więc zwrot przez bok, nachylił się nisko i zamiast zaatakować (czego spodziewał się jego przeciwnik), podciął go końcówką włóczni i ten wyłożył się jak długi. Po chwili jednak zbyt krótkiej zerwał się.
Stanąłem obok dysząc. Niedaleko , z wyciągniętym łukiem przystanęła elfka. Zdecydowanie za ładna, by chciał się z nią zmierzyć w walce.
- Sprawności oraz umiejętności obu panom trzeba pozazdrościć…aczkolwiek preferuję najpierw dowiedzieć się o co tak naprawdę się walczy…jeśli dacie mi sensowny powód, pozwolę wam tu się nawet pozabijać…do tego jednak czasu, żaden z was ani drgnie…Iriaelu? - łuku jednak nie opuściła.
Spojrzałem na nią, potem na elfa obok, a ten zmierzył mnie nieprzyjemnym wzrokiem, po czym odwrócił się do elfki.
- Byłem na patrolu, logicznym więc było, że kiedy zobaczyłem obcego na naszych terenach – zareagowałem odpowiednio…
Dokończyłem ja.
- …wyciągając miecz i zakradając się.
Ów Iriel czy Iriael, jak go nazwała parsknął zezłoszczony.
- Musiałem zachować środki ostrożności…a ten tutaj – tu zawiesił głos wskazując gniewnie na moją osobę – rzucił się na mnie zanim cokolwiek powiedziałem.
Uśmiechnąłem się blado i wyprostowałem. Oddech wrócił do normy, więc w razie ewentualnych kłopotów…może walczyć…
- To ja zacytuję to elfa obok…”musiałem zachować środki ostrożności” – dodałem, specjalnie parodiując jego głos – nikt przy zdrowych zmysłach (choć zapewne on sam o tak zdrowe zmysły się nie posądzał) nie będzie siedział cicho, gdy się mu ktoś zakrada za plecami z wyciągniętym mieczem…może gdyby chociaż był ciszej…
Iriael znowu gniewnie mruknął, ale przysłuchująca się nam do tej pory w milczeniu elfka przerwała dalsze dywagacje.
- Dosyć tego!...Jak wspomniałam, gdybyście dali mi sensowny powód, moglibyście kończyć to co zaczęliście…choć nie wróżyłabym długiej walki, bo obaj wcześniej byście padli z wyczerpania…Tak czy inaczej, nie widzę podstaw byście to kontynuowali. Obaj opuśćcie broń.
Przyjąłem jej decyzje z niejaką ulgą. Nie żebym się bał, ale dodatkowa porcja wrażeń wcale nie była mi konieczna do szczęścia. Elfka kontynuowała zwracając się konkretnie do mnie.
- Teraz zaś pewne wyjaśnienia, które Ty nieznajomy musisz rozjaśnić. Po pierwsze…kim Jesteś i co tutaj robisz? Te tereny należą do mojej wioski, więc nie dziw się takim „przywitaniom”. Prędzej czy później i tak ktoś by Cię zauważył.
Westchnąłem ciężko.
- Nazywam się Astaroth. Szukałem chyba tylko miejsca do odpoczynku…
- Chyba? – rzucił elf obok mnie.
Zignorowałem to niby pytanie. Elfka też.
- Ja jestem Amina, przywódczyni wioski. Jeśli więc szukasz schronienia, mogę Ci takowe zaoferować…oczywiście jeśli zechcesz...i nie będziesz więcej „musiał zachować TAKICH środków ostrożności” – bardzo wyraźnie podkreśliła to zdanie, zarzucając nam obu tym samym błąd.
Westchnąłem znowu. Nie ma co, ciekawe powitanie…i już na sam początek zdobył sobie niejakiego wroga w Iriaelu, w którym nadal wyczuwał coś…niepokojącego. Jeśli zaś nad Aminą miały ciążyć jakieś ciemne chmury…to chyba je skutecznie do tej pory rozganiała.
Niemal teatralnie się skłonił dwójce elfów.
- Prowadź Pani…
<Amina?>
Teraz siedział pod drzewem nieco nieprzytomnie spoglądając przed siebie…kiedy ostatnio spał normalnie? Kiedy w ogóle spał? Nie pamiętał. Przebłyski pamięci mieszały się z jego snami, więc chwilami nie potrafił odróżnić jednego od drugiego….
Jego zmysły wyczuły jednak coś. Nie umiał jednak zdecydować z „której” strony rzeczywistości dochodzą. Kiedy więc dostrzegł skradającą się postać, która do tego wyciągnęła miecz…zareagował instynktownie. Może zbyt pochopnie (jak się okazało), ale teraz nie miało to znaczenia. Czuł zagrożenie. Nie powiedział nic, zwyczajnie rzucił się na zaskoczoną postać…elfa jak zauważył w ostatnim przebłysku rozsądku.
Mimo wyczerpania walczył zacieklej niż zazwyczaj. Wyczuwał w tej osobie coś mrocznego, co wyraźnie mu się nie podobało.
Elf, z którym walczył nie był mu w żaden sposób dłużny, dlatego niemal z zabójczą sprawnością posyłali sobie ciosy…początkowo niecelne, by po chwili „zrozumienia” ruchów przeciwnika trafiać w jego słabe punkty.
Kilkakrotnie dostał w prawe ramię i pierś, ale sam zadał kilka krwawiących ran. Żaden nie ustępował i żaden nic nie mówił, a to potęgowało wrażenie snu…może za chwilę ma się obudzić? Jeśli tak…to nieźle da mu się to we znaki.
Obrót, unik, wypad, cięcie...i tak bez końca. Włócznia błyskała w blasku zachodzącego słońca. Obaj już ciężko oddychali ze zmęczenia, ale żaden nie ustępował…czemu w ogóle walczyli? Nie pamiętał…
Usłyszał jednak ostrzegawcze wycie. Ktoś się zbliżał. Jeśli był to ktoś od walczącego z nim elfa…nie utrzyma się. Zrobił więc zwrot przez bok, nachylił się nisko i zamiast zaatakować (czego spodziewał się jego przeciwnik), podciął go końcówką włóczni i ten wyłożył się jak długi. Po chwili jednak zbyt krótkiej zerwał się.
Stanąłem obok dysząc. Niedaleko , z wyciągniętym łukiem przystanęła elfka. Zdecydowanie za ładna, by chciał się z nią zmierzyć w walce.
- Sprawności oraz umiejętności obu panom trzeba pozazdrościć…aczkolwiek preferuję najpierw dowiedzieć się o co tak naprawdę się walczy…jeśli dacie mi sensowny powód, pozwolę wam tu się nawet pozabijać…do tego jednak czasu, żaden z was ani drgnie…Iriaelu? - łuku jednak nie opuściła.
Spojrzałem na nią, potem na elfa obok, a ten zmierzył mnie nieprzyjemnym wzrokiem, po czym odwrócił się do elfki.
- Byłem na patrolu, logicznym więc było, że kiedy zobaczyłem obcego na naszych terenach – zareagowałem odpowiednio…
Dokończyłem ja.
- …wyciągając miecz i zakradając się.
Ów Iriel czy Iriael, jak go nazwała parsknął zezłoszczony.
- Musiałem zachować środki ostrożności…a ten tutaj – tu zawiesił głos wskazując gniewnie na moją osobę – rzucił się na mnie zanim cokolwiek powiedziałem.
Uśmiechnąłem się blado i wyprostowałem. Oddech wrócił do normy, więc w razie ewentualnych kłopotów…może walczyć…
- To ja zacytuję to elfa obok…”musiałem zachować środki ostrożności” – dodałem, specjalnie parodiując jego głos – nikt przy zdrowych zmysłach (choć zapewne on sam o tak zdrowe zmysły się nie posądzał) nie będzie siedział cicho, gdy się mu ktoś zakrada za plecami z wyciągniętym mieczem…może gdyby chociaż był ciszej…
Iriael znowu gniewnie mruknął, ale przysłuchująca się nam do tej pory w milczeniu elfka przerwała dalsze dywagacje.
- Dosyć tego!...Jak wspomniałam, gdybyście dali mi sensowny powód, moglibyście kończyć to co zaczęliście…choć nie wróżyłabym długiej walki, bo obaj wcześniej byście padli z wyczerpania…Tak czy inaczej, nie widzę podstaw byście to kontynuowali. Obaj opuśćcie broń.
Przyjąłem jej decyzje z niejaką ulgą. Nie żebym się bał, ale dodatkowa porcja wrażeń wcale nie była mi konieczna do szczęścia. Elfka kontynuowała zwracając się konkretnie do mnie.
- Teraz zaś pewne wyjaśnienia, które Ty nieznajomy musisz rozjaśnić. Po pierwsze…kim Jesteś i co tutaj robisz? Te tereny należą do mojej wioski, więc nie dziw się takim „przywitaniom”. Prędzej czy później i tak ktoś by Cię zauważył.
Westchnąłem ciężko.
- Nazywam się Astaroth. Szukałem chyba tylko miejsca do odpoczynku…
- Chyba? – rzucił elf obok mnie.
Zignorowałem to niby pytanie. Elfka też.
- Ja jestem Amina, przywódczyni wioski. Jeśli więc szukasz schronienia, mogę Ci takowe zaoferować…oczywiście jeśli zechcesz...i nie będziesz więcej „musiał zachować TAKICH środków ostrożności” – bardzo wyraźnie podkreśliła to zdanie, zarzucając nam obu tym samym błąd.
Westchnąłem znowu. Nie ma co, ciekawe powitanie…i już na sam początek zdobył sobie niejakiego wroga w Iriaelu, w którym nadal wyczuwał coś…niepokojącego. Jeśli zaś nad Aminą miały ciążyć jakieś ciemne chmury…to chyba je skutecznie do tej pory rozganiała.
Niemal teatralnie się skłonił dwójce elfów.
- Prowadź Pani…
<Amina?>
Od Coraline do Sentisa "Ah ta miłość" cd.
W trakcie przechadzki trzymaliśmy się za ręcę i byliśmy blisko siebie. Dużo też o sobie rozmawialiśmy.
- Wiesz Sentisie, podobałeś mi się od początku. Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. - powiedziałam i uśmiechnęłam się.
- Tak, ja też. Muszę przyznać, że nie na samym początku w ogóle cię nie zauważałem i nie wiedziałem kim jesteś. Ale już dawno temu przychodziłem na lekcje uczniów i obserwowałem cię z ukrycia. - także się uśmiechnął.
Oboje się zaśmialiśmy.
- No. To może powiesz mi coś o sobie? - zapytał.
- Ok, no więc uwielbiam jeść gotowane grzyby i pić sok malinowy. A ty?
<Sentis?>
- Wiesz Sentisie, podobałeś mi się od początku. Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. - powiedziałam i uśmiechnęłam się.
- Tak, ja też. Muszę przyznać, że nie na samym początku w ogóle cię nie zauważałem i nie wiedziałem kim jesteś. Ale już dawno temu przychodziłem na lekcje uczniów i obserwowałem cię z ukrycia. - także się uśmiechnął.
Oboje się zaśmialiśmy.
- No. To może powiesz mi coś o sobie? - zapytał.
- Ok, no więc uwielbiam jeść gotowane grzyby i pić sok malinowy. A ty?
<Sentis?>
Nowy elf!
Imię: August
Wiek: 98lat
Żywioł: ogień
Moce: gień i morzliwość czytania w myślach
Cechy: odważny, tajemniczy, świetnie walczy, stanowczy, miły, pomocny, lojalny, szlachetny
Nadzwyczajne umiejętności: potrafi kuć świetnej jakości zbroję
Historia: został wugnany za to że nie chciał walczyć z wioską w której jest.Aqua pomogła mu przyjąć się do wioski
Rodzina: ojciec-król wrogiego plemienia, matka zgineła w bitwie.
Jednorożec: Amina nie ma do niego zaufania i nie pozwoliła mu na Jednorożca
Stanowisko w wiosce/lesie: wojownik
Partner: na razie żaden
Właściciel: wiktoriakola
Inne: potrafi zamienić się w wilka i lisa
Subskrybuj:
Posty (Atom)