Imię: Sentis
Płeć: elf (mężczyzna)
Wiek: 121 lat
Żywioł: ogień
Moce: panuje nad ogniem i metalem, potrafi być niewidzialny, jest szybki i przewiduje przyszłość
Cechy: uparty, zadziorny, mądry, tajemniczy, jest dżentelmenem, waleczny, dzielny, bohaterski
Nadzwyczajne umiejętności: potrafi unosić się w powietrzu, znikać i pojawiać w innym miejscu, ma zdolności telepatyczne
Historia: Nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd... Przybył i jest.
Rodzina: brat Akiro
Jednorożec: Laenito
Stanowisko w wiosce/lesie: wojownik
Partner: zakochany w Deschen
Właściciel: Eisman
Inne: umie się zamieniać w smoka:
Imię: Lidia
Płeć: elfka (kobieta)
Wiek: 85 lat
Żywioł: umysł
Moce: hipnoza, złudzenie/iluzja, kierowanie czyjąś wolą, potrafi stawać się niewidzialna, siłą woli potrafi władać nad 4 żywiołami (woda, ogień, ziemia, powietrze), a także potrafi zaginać materie myślami
Cechy: opanowana, nieśmiała, szybko się uczy, doskonale strzela z łuku, nie lubi gdy ktoś mówi jej co ma robić, potrafi sprawić dobre wrażenie o sobie, uwielbia pisać wiersze
Nadzwyczajne umiejętności: dzięki sile woli potrafi latać
Historia: Byłam leśnym elfem... poniekąd... byłam bardzo dziwna większość moich współplemieńców miało proste moce... Ziemia, powietrze, ogień lub woda... A ja byłam dziwolągiem! Nikt nie wiedział jaką mam moc dopóki rodzice nie udali się do przywódcy plemienia... Eh zebrano całą radę zanim udało się ustalić jaką mam moc. Miałam w tedy 40 lat. Ponieważ nikt wcześniej nie wiedział kim jestem nie mogłam ćwiczyć swoich umiejętności, lecz gdy już zaczęłam treningi okazało się że moja moc jest wielka! Za wielka... W wieku 70 lat musiałam opuścić wioskę moi rodzice zginęli w walce, a ja nie miałam już żadnej podpory w życiu, nikt nie wiedział jak mi pomóc, więc odeszłam... 15 lat błąkałam się bez celu po lasach i górach, trenowałam swoje moce na własną rękę... idzie mi to coraz lepiej. W wieku 84 lat wędrując po lesie usłyszałam jakieś odgłosy... Podeszłam bliżej, uważając aby stąpać jak najciszej i zobaczyłam ją... Piękna srebno-biała klacz jednorożca. W pierwszej chwili trochę mnie zatkało... Moje życie przez nią miało się odmienić raz na zawsze czułam to. Podeszłam do niej powoli, a ona uważnie mnie obserwując stała i czekała. Wsiadłam na nią i szepnęłam do ucha: "szukaj przyjaznych mi elfów" I puściła się galopem przez góry. Pędziłyśmy tak noc i dzień, dzień i noc aż nagle klacz się zatrzymała i wtedy usłyszałam elfy... Trochę się bałam ale podjęłam decyzje że zaufam mojemu konikowi... Zeszłam z niej pogłaskałam i ruszyłam przed siebie, a ona potruchtała za mną... Kawałek przed tym zbiorowiskiem się zatrzymałam...
Rodzina: Nie lubi o niej rozmawiać i najchętniej by zapomniała, więc nie będzie wymieniać
Jednorożec: Meyuma
Stanowisko w wiosce/lesie: szpieg
Partner: poszukuje
Właściciel: -klaczka-
Inne: potrafi zamieniać się w smoka (a gdy takowym jest otacza się czarną mgłą):
- Zostaw ! - krzyczałam - Puśc!
- Siedź cicho - odpowiedział chłodno mężczyzna - Krzyki ci tutaj w niczym nie pomogą.
Jak to się zaczęło? Proste. Byłam w lesie i robiłam to co zawsze - włóczyłam się bez celu. W najmroczniejszych zakątkach dawało mi tylko płomyk ognia, który wznieciłam na swojej bladej dłoni. Ten jeden, mały płomyk przyciągnął jednak nieproszonego gośca...
Coś zaszelestało, zaszumiało, ale ja, jak to ja. Miałam to gdzieś i szłam pewna siebie dalej. Nim się obejrzałam zostałam wzięta, od tak pod ramię jakiegoś gościa. Zaczęłam krzyczec i wiercic się, ale to nie dawało efektu. Ciągle pozostawało mi pytanie, które nieustannie męczyło mój umysł: Co teraz?
Po 30 minutach wiercenia i krzyczenia, dałam sobie wreszcie spokój i poczułam rozluźnienie ręki mężczyzny.
- To jest ten moment! - pomyślałam, a w moich oczach zapaliły się płomyki.
Bez namysłu poruszyłam się - chciałam się wyślizgnąc - ale gdy tylko to zrobiłam, on co raz bardziej zaciskał ramię. Poddałam się. Odkąd mnie złapał tylko krzyczałam, a on uciszał mnie chłodnym tonem. Panowała nieznaczna cisza. Oczywiście lubiłam ciszę, ale nie gdy byłam w towarzystwie - nawet z takim gburowatym kolesiem.
- Więc... - zaczęłam ostrożnie i od razu poczułam jego wzrok na sobie - co ty właściwie zamierzasz ze mną zrobic?
Odpowiedziało mi milczenie, ale po kilku sekundach wahania koleś odezwał się.
- Co cię to w ogóle obchodzi? - spytał chłodno.
- Wiesz, od zawsze obchodziło mnie moje życie - powiedziałam, czując narastającą złośc.
- Nie bój się - odpowiedział, a jego kąciki ust podniosły się w złośliwym uśmiechu – niedługo to już nie będzie miało dla ciebie znaczenia.
- Co masz na myśli ?– spytałam zagadkowo.
- W sumie, skoro zaraz i tak już zginiesz mogę ci powiedziec to i owo. – odpowiedział – moim zadaniem jest wyniszczenie wszystkich elfów…
- Ale dlaczego? – przerwałam – co my wam robimy?
- Szwendacie się tylko po tych lasach i w niczym nie pomagacie. Poza tym macie specyficzny wygląd. Po co na świecie takie istoty jak wy?
- Jak to nic nie robimy – wybuchnęłam i czułam jak mocno wali mi serce – pomagamy zwierzętom leśnym, chronimy je, opiekujemy się lasem, tworzymy go.
- Co mnie to obchodzi? – odpowiedział chłodno- jedyne co dobre robicie to wulkany. Wspominałem, że tak właśnie zakończysz życie? Utopiona w lawie?
- Akurat w tym co… - chciałam powiedziec mu prawdę o sobie, o tym co potrafię, ale zawachałam się i nie powiedziałam już nic. Na moje szczęście facet nie domagał się wyjaśnień.
- Okej, jesteśmy. – powiedział ochoczo i zaczął mnie przywiązywac lianami w normalnym świecie spaliłabym je w sekundę, ale wtedy on by mi nie dał spokoju.
- Cudownie, i co teraz? – zapytałam obojętnie.
Nastąpiło milczenie, a on skończył mnie przywiązywac.
- Teraz wrzucę cię do lawy – powiedział zupełnie normalnym tonem.
Potem podniósł mnie i dodał:
- Szkoda takiej ładnej dziewczyny, ale cóż zrobic.
Po chwili był już tylko plusk i stało się – dryfowałam w lawie. Nie robiło to dla mnie większego wrażenia, ponieważ byłam w swoim żywiole – ognia.
Widziałam jego, jak jeszcze pochylał się nad strumieniem lawy, a po chwili – odszedł.
I tak dryfowałam, aż dopłynęłam do wielkiego wulkanu, a właściwie do jego środka.
Chciałam się wydostac, ale – po prostu nie mogłam….
I coś nagle we mnie zamarło – co jeśli się nie wydostane?
Odpędziłam jednak szybko te myśli i zmęczona dniem. Poszłam spac.
Nad ranem obudziły mnie czyjeś krzyki.
- Ej, słyszysz mnie??! – krzyczała postac – Obudź się!
Obtarłam oczy i w promieniach słońca ujrzałam kobiecą sylwetkę.
- Czego chcesz? – warknęłam – może nie zauważyłaś, ale właśnie spałam.
- Nie bądź taka cięta – odpowiedziała pogodnie i złośliwie nieznajoma – zaraz pomogę ci się stąd wydostac, nie ruszaj się!
- Chyba sobie żartujesz... - powiedziałam, a ona wahała się jeszcze przez chwilę i odeszła.
Tak naprawdę wcale nie chciałam od nikogo pomocy, ale wiedziałam, że jeśli ktoś mi nie pomoże to zostanę tu na zawsze. Myślałam jeszcze nad tym przez chwilę, ale zobaczyłam jak nieznajoma znów zbliża się do wulkanu opleciona lianami.
- Słuchaj! – krzyknęła ponownie – ja się puszcze teraz na lianach a gdy będę na dole złapiesz mnie i cię wyciągnę.
- Jak chcesz – odpowiedziałam starając się być jak najbardziej obojętna, chociaż w głębi duszy podziwiałam ją za odwagę.
I stało się dziewczyna spuściła się i po chwili wykonałyśmy jej plan. Chwilę po zakończeniu planu mogłam się jej już dokładnie przyjże. Była to groźnie wyglądająca osoba, miała ciekawy wygląd i była – elfką! Kiedy to odkryłam w moich oczach pojawiły się iskierki radości.
- Dzięki za pomoc – odpowiedziałam – ale sama mogłabym się stamtąd wydostac…
- Tak, oczywiście – odpowiedziała z uśmiechem – pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Raven i mieszkam niedaleko w wiosce w Lesie Jednorożców. Poszukujemy nowych elfów do plemienia. Może chciałabyś się dołączyc?
- Szybka jesteś, ale nie dzięki. Prowadzę tryb samotności.
- Chyba śnisz jeśli myślisz, że stracę okazję do przyjęcia nowego elfa. Chociaż pokażę Ci tą wioskę. Jest naprawdę wyjątkowa, a w drodze opowiedz mi o sobie.
Więc po chwili wahania poszłam w ślady Raven.
- Nazywam się Finezja. Urodziłam się w wulkanie, bo powstałam z lawy i miałam trudne życie. Jak się pewnie domyślasz moim żywiołem jest ogień.
Zauważyłam zdziwienie na twarzy Raven.
- Tylko tyle? – zapytała zagadkowo.
- Nie lubię opowiadac o sobie – wzruszyłam ramionami.
Reszta drogi przeszła w milczeniu.
- I oto jesteśmy! – powiedziała uradowana Ravel.
Moim oczom ukazała się dolina pełna elfów.
- Wszyscy są tacy… szczęśliwi – powiedziałam cicho zachwycona widokiem elfów rozmawiających i bawiących się ze sobą.
- Haha, to nie nowośc- odpowiedziała Ravel, a widząc mój zachwyt dodała tylko:
- Chodź, zaprowadzę Cię do naszej przywódczyni. Na pewno się ucieszy z twojego przybycia.
Pociągnęła mnie za rękę i wciąż oczarowana miejscem poszłam w jej ślady.
Wszystko tu dla mnie było takie inne, nowe, nieznane…
Raven, dokończysz?
Odkąd wszedłem do środka dziewczyna cały czas przeszywała mnie wzrokiem. Tylko po co? Przecież tym niczego się nie dowie, niczego nie osiągnie...Mam rację?
-Rose.-przedstawiła się.-Czy teraz możesz łaskawie stąd wyjść?
Cóż za milutki charakterek. Nie wiem czemu, ale chyba zauważam między nami podobieństwo...drobne, prawie niewidoczne. Tak małe, że jakby przymknąć jedno oko, można by było go nie dojrzeć, jednak mimo wszystko jest gdzieś...zdecydowanie głęboko.
Nie miałem zamiaru stąd wychodzić, a przynajmniej nie w tej chwili. Puki co nie mam niczego lepszego do roboty, a ona wydaje się...hmm...interesująca. Będę tu siedział, a raczej "podpierał ścianę" dopóki sama mnie nie wywali. Przy okazji sprawdzę granice jej cierpliwości.
Z zewnątrz zaczął dobiegać dziwny hałas. Jego źródłem były dwa jednorożce. Biały, jeśli dobrze pamiętam, to należy do Rose, na imię ma...Kovu...chyba. No i oczywiście Brego, bo jak rzesz by inaczej -.- Chyba doszło między nimi do małej...końskiej sprzeczki? Nie wiem, ale Brego nie był zadowolony. Patrzył krzywo na swego rówieśnika, co jakiś czas tupiąc o ziemię. Uszy położone miał tak nisko, że prawie na równi z szyją...
Rose podbiegła do swojego jednorożca, chwyciła za grzywę i usiłowała uspokoić. Najwyraźniej jej się to udało.
-Kovu, co ty wyprawiasz?-zwróciła się do niego.
Po co ona do niego gada? Przecież to bez sensu, i tak jej nie odpowie! -.-
Koń jakby w odpowiedzi głośno zarżał, na co dziewczyna uśmiechnęła się.
Następnie zaczęła coś do niego szeptać. Nie wiem co, stałem za daleko.
Z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej.Widać było, że niezbyt jej to pasowało. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale ruszyła ręką i nagle znowu zapadła ciemność...
Weszła do domu.
-Kastiel, nie to żeby coś, ale MI SIĘ CHCE SPAĆ, więc wynoś się.-zażądała.
I tak w tym oto momencie jej cierpliwość się kończy. Zważając na to że od tak sobie wparowałem do jej domu, to naprawdę długo wytrzymała...
Wychodząc uśmiechnąłem się. Następnie podszedłem do czarnego konia, leniwie skubiącego źdźbła trawy. Poklepałem go po grzbiecie.
- Chodź Brego, nie chcą nas tu.-zaśmiałem się.
Koń wyprostował się i bez ani chwili wahania podążył za mną. Podszedłem do domku, który znajdował się nieopodal...teraz chyba się nie pomyliłem. Otworzyłem drzwi, na wszelki wypadek nie tak gwałtownie jak przedtem.
Wszedłem do środka. Rozglądnąłem się po pomieszczeniu. Nikogo nie było, na szczęście. W pewnym momencie za mną rozległ się głośny trzask. Obróciłem się gwałtownie. Po tym co zobaczyłem można było się dosłownie załamać... Brego usiłował wejść za mną do środka. Jedynym jego problemem były drzwi, w których się nie mieścił, dlatego wstawił tylko głowę.
-Ech...możesz mi wyjaśnić co ty wyprawiasz?-pokręciłem głową uśmiechając się lekko.
No pięknie, sam zacząłem gadać do zwierząt -.-
Koń parsknął niecierpliwie i ponownie spróbował wcisnąć się do środka.
-Nie, nie, nie. Te drzwi są za małe, to chyba oczywiste, że się nie zmieścisz!-wypchałem go na zewnątrz.
Tupnął kilka razy o ziemię i chyba jakoś się z tym pogodził. Wróciłem do domu, zamknąłem drzwi, położyłem się na łóżku i usiłowałem zasnąć...Przez cały ten czas wpatrywałem się w sufit, działało to na mnie...dziwnie. Po jakimś czasie...długim czasie, zasnąłem.
Szedłem długim, wąskim korytarzem, na którego końcu znajdowały się stare zadrapane drzwi. Coś wabiło mnie, a raczej ciągnęło w ich kierunku. Jak...magnes. Nie mogłem się odwrócić i ruszyć w przeciwną stronę, nic. To tak jakby ktoś już dawno zaplanował całą moją trasę.
-Venite...-usłyszałem niewyraźny głos.
-Venite...-powtórzył.
Głos ten nie mógł należeć do żadnej istoty ludzkiej, do żadnego zwierzęcia...więc do kogo? Kojarzył się z pięknem, dobrocią i niewinnością...jednak pozory modą mylić.
-Veniat ad me...
Gdy byłem wystarczająco blisko, drzwi same się otworzyły, po czym z hukiem za mną zamknęły. Odzyskałem swobodę ruchu. Podbiegłem do drzwi i usiłowałem je otworzyć. Na marne. Ani drgnęły. Zatrzasnęły się. Zrezygnowany stanąłem na środku pokoju badając dokładnie każdy kąt. Nic nadzwyczajnego. Pomieszczenie było małe. Białe ściany, biały dywan, stare meble i lustro...zakurzone i porysowane, z dziwną czerwonawą plamą w centrum.
-Ludere cum me...-zabrzmiał ten sam głos.
-Fatum, patiendo, mortem...-po tych słowach po śnieżno-białych ścianach zaczęło coś spływać.Matowy czerwony kolor...krew.
-Sanguinem...-głos ten nie był taki jak wcześniej. Ostry, nieprzyjemny...sprawiał ból.
-Dolor, incertum, timore...
Podszedłem do lustra, sięgnąłem dłonią w kierunku dziwnej czarnej plamy. Coś chwyciło mnie za nadgarstek. Nie chciało puścić. Poczułem ukłucie, a za nim piekący ból. Chwilę po tym na moim przedramieniu został wycięty napis: Convincitur. Z sykiem wciągnąłem powietrze. Uścisk powoli się rozluźnił, aż całkiem ustąpił.
-Moriaris.-zabrzmiał głos kilkakrotnie.
Zatkałem uszy. Upadłem na kolana...
Obudziłem się zlany potem. Ręka bolała mnie niemiłosiernie.
-To tylko sen...Sen, nic więcej...-szepnąłem.
Kontem oka spojrzałem na bolącą część ręki. Ujrzałem to czego się obawiałem. Krwawy napis...
Odwinąłem bandaż z poranionego nadgarstka i zawiązałem na wyciętym napisie. Lepiej będzie jeśli nikt inny się o tym nie dowie...
Usłyszałem głośne pukanie do drzwi...nie...wręcz walnie, a może nawet i kopanie.
Wstałem i wolnym krokiem podszedłem podszedłem do nich, a następnie ostrożnie otworzyłem. Brego...Może go wezwałem przez sen, albo coś w tym stylu? Koń odsunął się, stanął dęba i zarżał doniośle.
-No już, spokojnie.-podszedłem do niego i usiłowałem uspokoić.
Stanął wyprostowany, po czym zbliżył się o kilka kroków. Od razu jego uwagę przykuła moja nowo zraniona ręka. Obwąchał ją i delikatnie szturchnął nosem. Następnie spojrzał na mnie badawczo. Uśmiechnąłem się lekko.
-Nic mi nie jest.-pogładziłem go po głowie.
Był ranek 4:00 może 5:00. Nie zasnę. Nawet nie mam zamiaru...
Wsiadłem na konia i wybrałem się nad jezioro. Brego od razu zagalopował. Zwolniłem go. Już i tak narobił wiele hałasu. Nie chcę nikogo obudzić, bo jest szansa, że większość jeszcze śpi. Po niecałych piętnastu minutach byłem na miejscu. Zsiadłem z konia, po czym usiadłem blisko wody. Co jest ze mną nie tak? Co oznaczał ten sen? I co znaczy napis wycięty na mojej ręce?
Usłyszałem tętent końskich kopyt. Nie, to nie był Brego. On stał obok mnie. To ktoś inny... Czy powinien mnie tu teraz znaleźć? Nie, lepiej nie...
Wziąłem głęboki wdech i wskoczyłem do wody. Siedziałem tam przez dłuższy czas, aż w końcu nie wytrzymałem. Musiałem wypłynąć na powierzchnię. Niestety, nie w tym momencie co trzeba. Na brzegu stała Rose razem z Kovu. Przecież ona miała spać -.- Może Brego ją obudził? Patrzyła na mnie z wielkim zdziwieniem.
-Co ty wyprawiasz?-spytała powstrzymując się od śmiechu.
-Pływam...Nie widać?
<Rose dokończysz?>
Wyjaśnienia:
Venite- chodź
Veniat ad me-chodź do mnie
Ludere cum me-pobaw się ze mną
Fatum, patiendo, mortem-przeznaczenie, cierpienie, śmierć
Sanguinem-krew
Dolor, incertum, timore- ból, niepewność, strach
Convincitur.- skazany
Moriaris- umrzesz/zginiesz
Ogłaszam konkurs na najfajniejszą i najtrafniejszą nazwę wioski ;)
Szczegóły w zakładce konkursy!
Dobrze mieć taką znajomą jak Amina. W mojej wiosce naprawdę mi się znudziło, byłam córką wodza, nie mogłam sobie na nic pozowlić! Nawet nie mogłam mieć własnego konia, a co dopiero Jednorożca... Dlatego właśnie przybyłam tutaj. Wioska jest naprawdę ciekawym zjawiskiem i na pierwszy rzut oka przypomina zwykły zjazd elfów. Wszyscy są tu tak różni! Jestem naprawdę bardzo ciekawa, jak moje życie się tutaj potoczy.