Rozmowa z młodszym wojownikiem przedłużyła się na tyle, że przez chwile tracił poczucie czasu. Nawet nie spodziewał się po sobie, że tak łatwo znajdzie tematy do dalszych konwersacji. Oskar zaś, mimo jakiegoś skrywanego smutku, wydawał się cieszyć z towarzystwa i zainteresowania jakie mu okazał. Może jednak nie jest takim „burkiem” za jakiego się uważał? Mimo jednak przyjemności z rozmowy jaka prowadził, nie zapominał, że zostawił całkiem niedaleko swój obóz, jednak jego rogata przyjaciółka przesłała mu uspokajający sygnał o braku zagrożenia. Postanowił jednak wrócić do swego obozowiska, dlatego zaproponował takie wyjście Oskarowi.
- Jeśli masz chęć, możemy przenieść się do obozowiska, które niedaleko zorganizowałem. Wiem, że jesteś teraz „na wolnym”, ale jeśli masz siedzieć tu sam, to równie dobrze możesz wspomóc kolegę „po fachu”...ewentualnie, kiedyś będę mógł się odwdzięczyć – zaśmiałem się lekko widząc zaskoczenie w oczach elfa.
- Chyba w takim razie będę musiał zrezygnować z jakże fascynującego zajęcia zbierania wyładowań elektrycznych...i pójść Ci pomóc – również się uśmiechnął i podniósł z miejsca.
Mimo żartobliwego tekstu, jakim go obdarzył, wiedział, że Oskar był mu wdzięczny za tę propozycję. Widać akurat dziś potrzebował towarzystwa.
Zebrali rzeczy i przenieśli się do miejsca, w którym czekała już Arienhera. Jednorożec Tayn „przywitał” się z nową towarzyszką i razem skubali pozostałości jabłek.
Zorganizowaliśmy sobie trochę ciepłego gulaszu i rozdzieliliśmy warty. Oskar z chęcią podjął się zadań i bardzo sprawnie wykonywał narzucone tymczasowo obowiązki. Kiedy znowu znaleźli chwilę na odpoczynek, prawie świtało. Usiedli przy przygaszonym ognisku, by na nowo rozniecić niewielki ogień. Odgrzali zimny już posiłek, przyglądając się tylko od czasu do czasu drzemiącym jednorożcom. W końcu to Oskar się odezwał.
- Dzięki…- spojrzałem na niego zaskoczony.
- Nie ma potrzeby dziękować, szczególnie, że to Ty mi pomogłeś w pracy.
Elf pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
- Wiesz o co mi chodzi. Gdybyś po mnie nie przyszedł, pewnie teraz nadal siedziałbym w podłym humorze…
- To może chociaż powiesz, co Cię tak trapi? – przyglądałem mu się z powagą, Oskar zaś tylko zamruczał niewyraźnie i zapatrzył się w ogień. Zapadła chwila milczenia, po której jednak młody wojownik odezwał się.
- Iriaelu…czy Tobie nikogo nie brakuje? To znaczy, wiem, że masz tutaj brata, więc może inaczej na to patrzysz, ale chodzi mi raczej o inne towarzystwo.
„Ah…o TAKIE towarzystwo mu chodziło.” – pomyślał i strapił się nieco. Niestety w „takich” tematach nie odnajdywał się zbyt dobrze. Nie wiedział więc początkowo co odpowiedzieć swemu towarzyszowi. Kiedy w końcu myśli skrystalizowały się w jakąś sensowną całość – odpowiedział.
- Wydaje mi się, że to mocno zależy od nastroju…sytuacji…i czasu…no i – dodał spoglądając się z lekkim uśmiechem – wieku. Teraz…nie szukam nikogo na siłę, jeśli o to Ci chodziło w pytaniu.
Spojrzałem na zamyślonego elfa.
- A Tobie kogoś brakuje? – zagadnąłem, by wyrwać go z chmur myśli, w których się zatapiał.
<Oskar, teraz liczę jednak, że wena Ci dopisze>
czwartek, 19 września 2013
Nowy elf!
Imię: Misao
Płeć: Kobieta
Wiek: 95 lat
Żywioł: Woda
Moce: Umie poskramiać wodę, Może przywołać Deszcz, Burzę, Umie rozmawiać z zwierzętami
Cechy: Nerwowa, Towarzyska, Szalona, Dziwna
Nadzwyczajne umiejętności: Nadzwyczajnie dobrze jeździ konno
Historia: Jako dziecko jej ojciec miał małą farmę gdzie trenowali i hodowali konie, W wieku 15 lat odkryła swoją miłość i talent do wody. Rok później zmarł jej ojciec i farmą zajęła się ciotka. Ona i jej córki lubiły się nad nią znęcać. Chcąc znalesc spokój często przesiadywała z swoim ogrem na pastwisku lub galopując po okolicy. Pewnego dnia widząc że macochę chce sprzedać Lonto, postanowiła go uwolnić lecz on nie chciał iść nigdzie bez niej. Wskoczyła tak więc na niego , a on prowadząc ją przyprowadził ją tutaj.
Rodzina: nie ma
Jednorożec: Lonto
Stanowisko w wiosce/lesie: Opiekunka Jednorożców:
Partner: szuka
Właściciel: Avira
Inne: -
Od Sinead do Astarotha "Wyrwana z ciemności" cd.
Puste mieszkanie... Jak następna pusta kartka... W nowym rozdziale mego życia...
Spojrzałam na Suessa... W jego oczach widziałam płochliwość, delikatność, ostrożność...
Miło mi było wspominać uśmiech Astarotha... Lecz cóż... Jeśli chcemy zmienić coś w swoim życiu, musimy najpierw ciężko popracować.
Wyszłam z domku. Przy okazji wzięłam ze sobą mojego rogatego przyjaciela.
- Chciałabym mieć tam jakiś ciemny akcent... Po części oddający to, kto tam właściwie mieszka... - powiedziałam spoglądając na jednorożca, który rzucił łbem.
Postanowiłam, że spróbuję go dosiąść... Udało się...
,,Prowadź...'' powiedziałam do zwierzęcia telepatycznie.
Jednorożec zabrał mnie w dziwne miejsce... Wyglądało bardzo mrocznie...
W tej części las był osnuty mgłą, a czerwone liście ścieliły się na ścieżce... W powietrzu pachniało siarką...
To dziwne, że Suess mnie tu zabrał, skoro teraz zdradzał oznaki niepokoju...
Pogładziłam go delikatnie po szyi, by poczuł się pewniej.
Dla mnie takie otoczenie było klasyką... Pół mojego życia spędziłam na wygnaniu w takich warunkach.
Jednorożec ruszył przed siebie. Lekko się ociągał, lecz starał się walczyć ze swym strachem.
Po drodze urywałam z drzew co jaskrawsze liście i nabierałam do płóciennych woreczków ( które zawsze ze sobą noszę w ogromnych ilościach ) trochę ziemi, gliny, a także popiołu z tego lasu.
Urwałam również kilka gałęzi... Umiem zrobić z niczego nic, z tego będzie żyrandol. Jak znajdę gdzieś kamienie szlachetne to zawieszę je na tych wyschniętych kawałkach drewna i po pokoju będą wtedy fruwać różnokolorowe ''zajączki''.
W tym lesie natrafiłam również na krzew czarnych róż. Jedną wpięłam sobie we włosy, dalej nazbierałam ich pokaźną ilość... Nimi również przyozdobię mój domek. Wiedziałam już, że potrzebny jest mi pył księżycowy - łatwo o niego mając jednorożca; a także sieci pajęcze do zasłon. Z tego, co tworzą pająki można zrobić różne przydatne i ładne rzeczy... Jeśli podda się pajęczą sieć odpowiedniej obróbce z pewnością otrzyma się mocną, wytrzymałą nić.
Niezmiernie lubię różne dziwne rośliny. Nazbierałam ich kilka wraz z korzonkami.
Oprócz róż rozpoznałam rzadko spotykany kwiat orchidei, który lśni w nocy neonowym blaskiem, a gdy jego płatki opadają zmieniają się w szafiry.
Ostrożnie zabrałam kwiat z jego dotychczasowego podłoża.
Gustuję również w najróżniejszych wymyślnych ozdobach... Tak - kamienie szlachetne można zawieszać na niteczkach w różnych miejscach i wtedy pokój będzie miał w sobie jakby nutkę tajemniczości...
Sądzę, że ktoś, kto pierwszy raz ujrzy mój domek przestraszy się, lecz cóż - każdy wyraża siebie na różne sposoby.
Po pewnym czasie skończyłam zbierać małe rzeczy... Teraz został czas na bardziej treściwe...
***
Uporządkowanie wszystkiego w należyty sposób zabrało mi około tygodnia... Efekty były mniej więcej takie:

Z tym tylko, że w całym domu było ciemno, a światło dawały przede wszystkim kamienie szlachetne i tajemnicze kwiaty... A w niektórych miejscach były pozawieszane również woreczki z różnymi substancjami... Dawało to bardzo mroczną atmosferę... Tajemnicza, namiętna woń czarnych róż rozchodziła się po całym domu
Zadowolona wybiegłam z mojego domku i wpatrzyłam się w efekt mojej pracy.
Przywołałam Suessa...
W ciągu tygodnia zdążyłam poznać już wszystkie tereny wioski.
Gdy jednorożec przyszedł wpatrzył się w nasze arcydzieło...
Było to moim zdaniem bardzo imponujące...
< Ktoś dokończy? >
Spojrzałam na Suessa... W jego oczach widziałam płochliwość, delikatność, ostrożność...
Miło mi było wspominać uśmiech Astarotha... Lecz cóż... Jeśli chcemy zmienić coś w swoim życiu, musimy najpierw ciężko popracować.
Wyszłam z domku. Przy okazji wzięłam ze sobą mojego rogatego przyjaciela.
- Chciałabym mieć tam jakiś ciemny akcent... Po części oddający to, kto tam właściwie mieszka... - powiedziałam spoglądając na jednorożca, który rzucił łbem.
Postanowiłam, że spróbuję go dosiąść... Udało się...
,,Prowadź...'' powiedziałam do zwierzęcia telepatycznie.
Jednorożec zabrał mnie w dziwne miejsce... Wyglądało bardzo mrocznie...
W tej części las był osnuty mgłą, a czerwone liście ścieliły się na ścieżce... W powietrzu pachniało siarką...
To dziwne, że Suess mnie tu zabrał, skoro teraz zdradzał oznaki niepokoju...
Pogładziłam go delikatnie po szyi, by poczuł się pewniej.
Dla mnie takie otoczenie było klasyką... Pół mojego życia spędziłam na wygnaniu w takich warunkach.
Jednorożec ruszył przed siebie. Lekko się ociągał, lecz starał się walczyć ze swym strachem.
Po drodze urywałam z drzew co jaskrawsze liście i nabierałam do płóciennych woreczków ( które zawsze ze sobą noszę w ogromnych ilościach ) trochę ziemi, gliny, a także popiołu z tego lasu.
Urwałam również kilka gałęzi... Umiem zrobić z niczego nic, z tego będzie żyrandol. Jak znajdę gdzieś kamienie szlachetne to zawieszę je na tych wyschniętych kawałkach drewna i po pokoju będą wtedy fruwać różnokolorowe ''zajączki''.
W tym lesie natrafiłam również na krzew czarnych róż. Jedną wpięłam sobie we włosy, dalej nazbierałam ich pokaźną ilość... Nimi również przyozdobię mój domek. Wiedziałam już, że potrzebny jest mi pył księżycowy - łatwo o niego mając jednorożca; a także sieci pajęcze do zasłon. Z tego, co tworzą pająki można zrobić różne przydatne i ładne rzeczy... Jeśli podda się pajęczą sieć odpowiedniej obróbce z pewnością otrzyma się mocną, wytrzymałą nić.
Niezmiernie lubię różne dziwne rośliny. Nazbierałam ich kilka wraz z korzonkami.
Oprócz róż rozpoznałam rzadko spotykany kwiat orchidei, który lśni w nocy neonowym blaskiem, a gdy jego płatki opadają zmieniają się w szafiry.
Ostrożnie zabrałam kwiat z jego dotychczasowego podłoża.
Gustuję również w najróżniejszych wymyślnych ozdobach... Tak - kamienie szlachetne można zawieszać na niteczkach w różnych miejscach i wtedy pokój będzie miał w sobie jakby nutkę tajemniczości...
Sądzę, że ktoś, kto pierwszy raz ujrzy mój domek przestraszy się, lecz cóż - każdy wyraża siebie na różne sposoby.
Po pewnym czasie skończyłam zbierać małe rzeczy... Teraz został czas na bardziej treściwe...
***
Uporządkowanie wszystkiego w należyty sposób zabrało mi około tygodnia... Efekty były mniej więcej takie:
Z tym tylko, że w całym domu było ciemno, a światło dawały przede wszystkim kamienie szlachetne i tajemnicze kwiaty... A w niektórych miejscach były pozawieszane również woreczki z różnymi substancjami... Dawało to bardzo mroczną atmosferę... Tajemnicza, namiętna woń czarnych róż rozchodziła się po całym domu
Zadowolona wybiegłam z mojego domku i wpatrzyłam się w efekt mojej pracy.
Przywołałam Suessa...
W ciągu tygodnia zdążyłam poznać już wszystkie tereny wioski.
Gdy jednorożec przyszedł wpatrzył się w nasze arcydzieło...
Było to moim zdaniem bardzo imponujące...
< Ktoś dokończy? >
wtorek, 17 września 2013
Od Amersau do Lidii i pozostałych "Szpiegowska podróż życia" cd.
Wiedziała, że podróż nie będzie należała do najlepszych. Nie chodziło wcale o towarzystwo, bo trafiła na takie, które w pełni zaspokajały jej szydercze oczekiwania. Miała na kim ostrzyc języka...a jakże.
Z panem Archibaldem miała wystarczająco czasu by one sprawy omówić przy całej sytuacji strzał…wiedziała więc (przynajmniej w pewnym stopniu) na jakie mniej więcej uszczypliwości może liczyć. Pasowało jej to. Eller dopiero sprawdzała i choć było to stworzenie młodsze…to jakoś sobie z nią radziła…”albo ona ze mną” – pomyślała rozbawiona. Nie od parady jej pyskówki nabierały rozmachu przy kolejnych „uroczych” konwersacjach.
Pozostawała kwestia panny Lidii, która przez całą drogę zbytnio zadzierała nosa…jakby wszystkie rozumy pozjadała. Inteligencji nie mogła jej odmówić i trafnym, specyficznie okazywanym złośliwościom, ale robiło to w na tyle nieuprzejmy sposób, że irytowała ją coraz mocniej. No cóż…”mała wojna?”. Starała się jednak odłożyć na później takie żarliwe niesnaski. To, że ktoś ją denerwował nie przysłaniało faktu, że każdy z zebranych tu elfów znajdował się tu z racji pewnych umiejętności, czy zdolności. Każdy znał się na rzeczy…no...przynajmniej jakiejś rzeczy.
Wrodzona „zapobiegawczość” - jakkolwiek by tego nie nazwać inaczej - podpowiadała, że coś się szykuje…Nie pomyliła się oczywiście, co potwierdzili często wysyłani mali posłańcy, na zwiady. Walka była nieunikniona.
Mimo przewagi w końcu uporaliśmy się z zagrożeniem. Każdy wykorzystywał najlepiej jak się dało wszelkie swoje atuty, zdolności, czy sztuczki. Nie miała do czynienia z dziećmi przecież i każdy przedstawiał zupełnie inny typ walki, sprawnie pokonując nacierających wrogów. Radzili sobie…nawet pan Archibald nieźle machał półtorakiem. Dobrze, że nie próbował sięgnąć po łuk…Mimo jednak zdolności całej naszej drużyny – nie uwłaczając prawie nikomu – wiedziała, że lepiej będzie ściągnąć bardziej uwagę na siebie, mimo wszystko w ten specyficzny sposób, czuła się za nich odpowiedzialna. Walka pochłonęła ją całkowicie. Dopiero po czasie zauważyła, że towarzysze uporali się ze swoimi przeciwnikami i dołączyli w jej szeregi. Nie licząc kilku płytkich cięć i obić, udało im się obyć bez cięższych ran. Nie obyło się jednak bez dyskusji, która dla niej była bezsensowna. Wiedziała przecież, że sama ze wszystkimi nie poradziłaby sobie (choć głośno na pewno by tego nie powiedziała), ale po co wtrącać się w czyjeś walki? Szczególnie jeśli wiesz, że sobie poradzi?
Po co ta gadka?...tak tak…przez jej uparty umysł przemknęła myśl, że panna Lidia zwyczajnie może się próbować o nich troszczyć, ale akurat ona umiała o siebie zadbać...nawet jak nie umiała to umiała (albo przynajmniej wszystkim mówiła, że tak jest)!
Kolejne słowa elfki jeszcze bardziej ją poirytowały.
- Planujesz jakiś następny raz? Nie wiem jak ty ale ja mam dosyć atrakcji jak na tą podróż. fajnie by było gdyby jednak nikomu nic się nie stało w trakcie tej wyprawy...
- Ja nie planuję, ja „zakładam”, a to dwie różne sprawy…jeśli rozumiesz o co chodzi – elfka przyglądała mi się z równie buńczuczną miną co moja.
- To może łaskawie przestałabyś zakładać nawet takie coś? Wrażeń nam wystarczy i najlepiej by było, gdybyśmy skupili się na jak najbardziej cichym podróżowaniu..
- A czy Ty myślisz, że ja ich tutaj sprowadziłam, czy co?
- Wcale bym się nie zdziwiła…
- Słucham?! Powtórz, bo nie dosłyszałam, albo może tylko coś brzęczysz?
Obie stałyśmy naprzeciw siebie, wbijając w swe oblicza nienawistne spojrzenia. Naszą wspaniałą tyradę przerwał pan Archibald, czym wywołał prawie zakrztuszenie niewypowiedzianymi słowami.
- Bardzo byłbym skory obejrzeć całe wasze przedstawienie, zapomniałem jednak wziąć ze sobą przekąski…a teatrzyków nie oglądam bez tego…- jego głos ociekał kpiną.
Obie spiorunowałyśmy go wzrokiem. Elf kontynuował poważnie, choć rozmawiałam z nim wystarczająco dużo, by wyczuć radosną złośliwość emanującą z jego słów.
- Przypominam dodatkowo, że czeka nas wspomniane wcześniej „szpiegowskie” zadanie, które w aktualnym stanie swój „szpiegowski” wymiar posiada tylko w nazwie…coś za dużo tutaj hałasu.
Przysłuchująca się do tej pory Eller podeszła do nas przystając pomiędzy mną a Lidią.
- No...i teraz jak grzeczne elfy podajemy sobie dłonie – złapała moja rękę i Lidii, przy czym ścisnęła je nam – i zapominamy jakie to każdy ma śliczne przekleństwa na końcu języka.
Elfka była wyraźnie rozbawiona naszym zachowaniem i prawdopodobnie z radością, pospołu z panem Archibaldem oglądaliby finał naszej „sprzeczki”. Nie kłamiąc...sama zobaczyłabym ten finał.
Obie zgrzytnęłyśmy niezadowolone, ale uścisnęłyśmy sobie dłonie, po czym odwróciłyśmy się w dwóch różnych kierunkach.
W milczeniu ogarnęliśmy pole walki i dopiero dużo dalej zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Każde słowa, które do siebie kierowaliśmy, miały charakter czysto informacyjny. Potrafiłam i tak.
Kiedy jednak milczenie się przedłużało, a ja miałam ochotę odejść i przerzucić swoje niewypowiedziane uszczypliwości otaczającym drzewo, odezwał się pan Archibald.
- Jak wspominałem wcześniej…jeśli ktokolwiek mnie wtedy słuchał – dodał znacząco patrząc na mnie – droga powinna zająć nam jakieś 3 dni, z czego na pewno 3 noce pod gołym niebem. Pytanie brzmi jednak, czy mamy jakiś plan, w momencie znalezienia się u granic tamtej wioski? Czy…- znowu spojrzał na nas wymownie z nieukrywaną drwiną – idziemy na żywioł i czekamy co się stanie? Bądź puścimy przodem co bardziej samodzielnych?
Pomimo złośliwości z jaką wypowiadał zdania, niestety miał rację. Mimo, że sama nie planowałam…a tylko „zakładałam” pewne rzeczy, należało skupić się przynajmniej na prowizorycznych poczynaniach „szpiegowskich”.
- A co powiecie – odezwała się Lidia – gdybyśmy stanowili tylko małą grupę handlarzy? Dotarcie do twojej wioski Archie, nie byłoby chyba problemem dla kupców?
Elf spojrzał na nas trzy i ledwie powstrzymywał śmiech. Ja niestety tez zaczęłam prawie dusić się radości, zresztą nie byłam w tym odosobniona. Nawet Lidia, pomimo faktu, że to ona podsunęła pomysł, drgała w ukrywanym rozbawieniu.
- Nikomu nie ubliżając…ale żadna z was nie nadaje się na kupca. Nawet nie wyglądacie tak…jak trzeba...no przynajmniej jak na handlarza – dodał szyderczo.
- Można się przebrać choć trochę, nauczysz nas kilku podstawowych „tekstów” i może się udać – podchwyciła pomysł Eller, choć mówiła to z równie sarkastycznym uśmiechem, co u mnie...może też chciała zobaczyć nas wszystkie w takiej zacnej roli? Mimo wszystko…pomysł był dobry, trzeba przyznać. Podniosłam rękę tym razem szczerząc się już całkiem otwarcie.
- To ja się zgłaszam na waszą ochronę…żaden kupiec, nie licząc pana Archibalda – dodałam posyłając mu jeden z bardziej uszczypliwych grymasów – nie podróżuje bez obstawy. A, że niestety ciężko mi trzymać język za zębami...tylko bym wam zaszkodziła..
Przez chwile mignął mi pomysł, by jednak się w tym wypróbować, ale zdecydowanie szybko bym się wydała. Zbytnio mnie to bawiło, a aktorka ze mnie żadna.
- No chyba…że ktoś inny ma jakiś pomysł? – dodałam zatrzymując na każdym radosne spojrzenie. Atmosfera nieco się rozluźniła.
<Archie? Eller? Lidia? Które z was przejmie „pałeczkę”?>
Z panem Archibaldem miała wystarczająco czasu by one sprawy omówić przy całej sytuacji strzał…wiedziała więc (przynajmniej w pewnym stopniu) na jakie mniej więcej uszczypliwości może liczyć. Pasowało jej to. Eller dopiero sprawdzała i choć było to stworzenie młodsze…to jakoś sobie z nią radziła…”albo ona ze mną” – pomyślała rozbawiona. Nie od parady jej pyskówki nabierały rozmachu przy kolejnych „uroczych” konwersacjach.
Pozostawała kwestia panny Lidii, która przez całą drogę zbytnio zadzierała nosa…jakby wszystkie rozumy pozjadała. Inteligencji nie mogła jej odmówić i trafnym, specyficznie okazywanym złośliwościom, ale robiło to w na tyle nieuprzejmy sposób, że irytowała ją coraz mocniej. No cóż…”mała wojna?”. Starała się jednak odłożyć na później takie żarliwe niesnaski. To, że ktoś ją denerwował nie przysłaniało faktu, że każdy z zebranych tu elfów znajdował się tu z racji pewnych umiejętności, czy zdolności. Każdy znał się na rzeczy…no...przynajmniej jakiejś rzeczy.
Wrodzona „zapobiegawczość” - jakkolwiek by tego nie nazwać inaczej - podpowiadała, że coś się szykuje…Nie pomyliła się oczywiście, co potwierdzili często wysyłani mali posłańcy, na zwiady. Walka była nieunikniona.
Mimo przewagi w końcu uporaliśmy się z zagrożeniem. Każdy wykorzystywał najlepiej jak się dało wszelkie swoje atuty, zdolności, czy sztuczki. Nie miała do czynienia z dziećmi przecież i każdy przedstawiał zupełnie inny typ walki, sprawnie pokonując nacierających wrogów. Radzili sobie…nawet pan Archibald nieźle machał półtorakiem. Dobrze, że nie próbował sięgnąć po łuk…Mimo jednak zdolności całej naszej drużyny – nie uwłaczając prawie nikomu – wiedziała, że lepiej będzie ściągnąć bardziej uwagę na siebie, mimo wszystko w ten specyficzny sposób, czuła się za nich odpowiedzialna. Walka pochłonęła ją całkowicie. Dopiero po czasie zauważyła, że towarzysze uporali się ze swoimi przeciwnikami i dołączyli w jej szeregi. Nie licząc kilku płytkich cięć i obić, udało im się obyć bez cięższych ran. Nie obyło się jednak bez dyskusji, która dla niej była bezsensowna. Wiedziała przecież, że sama ze wszystkimi nie poradziłaby sobie (choć głośno na pewno by tego nie powiedziała), ale po co wtrącać się w czyjeś walki? Szczególnie jeśli wiesz, że sobie poradzi?
Po co ta gadka?...tak tak…przez jej uparty umysł przemknęła myśl, że panna Lidia zwyczajnie może się próbować o nich troszczyć, ale akurat ona umiała o siebie zadbać...nawet jak nie umiała to umiała (albo przynajmniej wszystkim mówiła, że tak jest)!
Kolejne słowa elfki jeszcze bardziej ją poirytowały.
- Planujesz jakiś następny raz? Nie wiem jak ty ale ja mam dosyć atrakcji jak na tą podróż. fajnie by było gdyby jednak nikomu nic się nie stało w trakcie tej wyprawy...
- Ja nie planuję, ja „zakładam”, a to dwie różne sprawy…jeśli rozumiesz o co chodzi – elfka przyglądała mi się z równie buńczuczną miną co moja.
- To może łaskawie przestałabyś zakładać nawet takie coś? Wrażeń nam wystarczy i najlepiej by było, gdybyśmy skupili się na jak najbardziej cichym podróżowaniu..
- A czy Ty myślisz, że ja ich tutaj sprowadziłam, czy co?
- Wcale bym się nie zdziwiła…
- Słucham?! Powtórz, bo nie dosłyszałam, albo może tylko coś brzęczysz?
Obie stałyśmy naprzeciw siebie, wbijając w swe oblicza nienawistne spojrzenia. Naszą wspaniałą tyradę przerwał pan Archibald, czym wywołał prawie zakrztuszenie niewypowiedzianymi słowami.
- Bardzo byłbym skory obejrzeć całe wasze przedstawienie, zapomniałem jednak wziąć ze sobą przekąski…a teatrzyków nie oglądam bez tego…- jego głos ociekał kpiną.
Obie spiorunowałyśmy go wzrokiem. Elf kontynuował poważnie, choć rozmawiałam z nim wystarczająco dużo, by wyczuć radosną złośliwość emanującą z jego słów.
- Przypominam dodatkowo, że czeka nas wspomniane wcześniej „szpiegowskie” zadanie, które w aktualnym stanie swój „szpiegowski” wymiar posiada tylko w nazwie…coś za dużo tutaj hałasu.
Przysłuchująca się do tej pory Eller podeszła do nas przystając pomiędzy mną a Lidią.
- No...i teraz jak grzeczne elfy podajemy sobie dłonie – złapała moja rękę i Lidii, przy czym ścisnęła je nam – i zapominamy jakie to każdy ma śliczne przekleństwa na końcu języka.
Elfka była wyraźnie rozbawiona naszym zachowaniem i prawdopodobnie z radością, pospołu z panem Archibaldem oglądaliby finał naszej „sprzeczki”. Nie kłamiąc...sama zobaczyłabym ten finał.
Obie zgrzytnęłyśmy niezadowolone, ale uścisnęłyśmy sobie dłonie, po czym odwróciłyśmy się w dwóch różnych kierunkach.
W milczeniu ogarnęliśmy pole walki i dopiero dużo dalej zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Każde słowa, które do siebie kierowaliśmy, miały charakter czysto informacyjny. Potrafiłam i tak.
Kiedy jednak milczenie się przedłużało, a ja miałam ochotę odejść i przerzucić swoje niewypowiedziane uszczypliwości otaczającym drzewo, odezwał się pan Archibald.
- Jak wspominałem wcześniej…jeśli ktokolwiek mnie wtedy słuchał – dodał znacząco patrząc na mnie – droga powinna zająć nam jakieś 3 dni, z czego na pewno 3 noce pod gołym niebem. Pytanie brzmi jednak, czy mamy jakiś plan, w momencie znalezienia się u granic tamtej wioski? Czy…- znowu spojrzał na nas wymownie z nieukrywaną drwiną – idziemy na żywioł i czekamy co się stanie? Bądź puścimy przodem co bardziej samodzielnych?
Pomimo złośliwości z jaką wypowiadał zdania, niestety miał rację. Mimo, że sama nie planowałam…a tylko „zakładałam” pewne rzeczy, należało skupić się przynajmniej na prowizorycznych poczynaniach „szpiegowskich”.
- A co powiecie – odezwała się Lidia – gdybyśmy stanowili tylko małą grupę handlarzy? Dotarcie do twojej wioski Archie, nie byłoby chyba problemem dla kupców?
Elf spojrzał na nas trzy i ledwie powstrzymywał śmiech. Ja niestety tez zaczęłam prawie dusić się radości, zresztą nie byłam w tym odosobniona. Nawet Lidia, pomimo faktu, że to ona podsunęła pomysł, drgała w ukrywanym rozbawieniu.
- Nikomu nie ubliżając…ale żadna z was nie nadaje się na kupca. Nawet nie wyglądacie tak…jak trzeba...no przynajmniej jak na handlarza – dodał szyderczo.
- Można się przebrać choć trochę, nauczysz nas kilku podstawowych „tekstów” i może się udać – podchwyciła pomysł Eller, choć mówiła to z równie sarkastycznym uśmiechem, co u mnie...może też chciała zobaczyć nas wszystkie w takiej zacnej roli? Mimo wszystko…pomysł był dobry, trzeba przyznać. Podniosłam rękę tym razem szczerząc się już całkiem otwarcie.
- To ja się zgłaszam na waszą ochronę…żaden kupiec, nie licząc pana Archibalda – dodałam posyłając mu jeden z bardziej uszczypliwych grymasów – nie podróżuje bez obstawy. A, że niestety ciężko mi trzymać język za zębami...tylko bym wam zaszkodziła..
Przez chwile mignął mi pomysł, by jednak się w tym wypróbować, ale zdecydowanie szybko bym się wydała. Zbytnio mnie to bawiło, a aktorka ze mnie żadna.
- No chyba…że ktoś inny ma jakiś pomysł? – dodałam zatrzymując na każdym radosne spojrzenie. Atmosfera nieco się rozluźniła.
<Archie? Eller? Lidia? Które z was przejmie „pałeczkę”?>
Od Iriaela do Celtii i Allison "Pałac w samotnym lesie - końcówka podróży" cd.
Patrole, patrole, patrole – aż do znudzenia można by rzecz…przynajmniej dla niektórych. On doskonale się w tym odnajdował, dlatego coraz częściej i więcej dostawał przydziałów także nocnych. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu. Bez problemu mógł przestawić się z trybu dziennego na nocny i odwrotnie. Był chyba aktualnie najlepiej obeznanym elfem w wiosce. Wielokrotnie sprawdzanie tereny, aż po granice, teraz nie miały dla niego tajemnic. Wiedział gdzie najlepiej się ukryć, albo zastawić pułapkę. Odnajdywał rozmaite miejsce, bogate w pewne zasoby, o których wspominał to łowcom, to zbieraczom, to nawet magom, którzy łącznie z jego bratem korzystali czasem z roślin, czy składników innym niedostępnym. Zazwyczaj do znalezienia takowych cudów posyłali właśnie jego. Mimo, że zdobył sobie w wiosce rangę odludka, nikt nie narzekał, a on sam cieszył się z takiego obrotu spraw. Czasem może żałował, że z niektórymi osóbkami nie ma szansy porozmawiać, ale uznał to raczej jako znak, dla niego. Iriael słuchał, obserwował, badał i wciąż się uczył. Ostatecznie zasugerował, że mógłby nawet zacząć sprawdzać niektóre tereny wokół granic wioski, co przyjęło się z aprobatą.
Aktualnie jednak jego obowiązkiem był nocny patrol. Nie był sam oczywiście, ale z racji rozległości terenów, podzielili się na odpowiednie rejony. Jemu przypadła część od Fiołkowej Doliny i całość drogi do wioski. Właśnie gdzieś między tymi dwoma punktami dostrzegł dwie postacie. Szły prosto w kierunku wioski, choć sadząc po posturach były to elfki…jeśli nie ranne to przynajmniej mocno zmęczone. Pewności nie miał więc początkowo tylko obserwował ich poczynania. Przyglądał się dokładnie obu postaciom i świtało mu, że chyba widział je w wiosce…chyba powinien się zacząć jednak bardziej interesować, kto dokładnie znajduje się wśród mieszkańców, bo znowu będzie narażony na podobna sytuację jak z Astarothem.
W końcu, kiedy były już całkiem niedaleko wejścia na teren samej wioski i zabudowań odezwał się. Musiał się upewnić, wciąż jednak nie pozwolił zobaczyć swojej osoby.
- Kto idzie? – głos miał pewny.
- yyy…a kto mówi? – rzekła jedna z nich, o jasnych, chyba białych włosach.
Druga z elfek o długich miedzianych włosach odwróciła się, szukając właściciela głosu.
- Chyba logicznym jest, że należymy do wioski…myślisz, kimkolwiek jesteś -, że jako wróg tak beztrosko byśmy tu wchodziły? – w jej głosie czuć było wyraźną irytację – jesteśmy zmęczone i głodne, więc skończ z przedstawieniem i daj nam w spokoju wrócić do domków.
Mimo rozdrażnienia, jakie słyszał w jej głosie, aż się zaśmiał cicho. Miała tupet. Kiedy jednak się odezwał, głos miał na powrót chłodny.
- Nie każdy jednak z wioski wraca o tej porze do swoich domków. Standardowo jest to czas snu i odpoczynku..prawda?
Elfki spojrzały na siebie szepcząc coś cicho.
- Wracamy z wyprawy o której Amina została powiadomiona, będziesz mógł to sprawdzić później…jak już pozwolisz nam odpocząć…- dokończyła nadal poirytowana.
Wytłumaczenie dobre jak każde inne, ale rzeczywiście mógł to sprawdzić rano.
- Poproszę jeszcze tylko o imiona dla potwierdzenia i możecie iść – to rzekłszy wyłonił się z ciemności, nadal stając w pewnym oddaleniu. Łuk opuścił już przy pierwszych ich słowach.
Elfki zlustrowały go wzrokiem i obie parsknęły.
- Ja jestem Allison – powiedziała jasnowłosa – a to moja przyjaciółka Celtia – wskazała na rudowłosą a Ty to…?
- Iriael – zamiast niego odpowiedziała Celtia – wojownik – dodała jeszcze jakby przypominając sobie jego funkcję.
Lekko drgnął. Niedobrze. Zdecydowanie powinien zaznajomić się przynajmniej z imionami i wyglądem mieszkańców wioski, by następnym razem nie strzelać głupotami. Pokiwał więc tylko głową.
- Wybaczcie więc, moje pytania, ale takie już moje obowiązki. Życzę udanej nocy i snu.
Skłonił się lekko i odszedł w cień, czekając tylko jak obie elfki po chwili szeptów odwracają się i ruszają gdzieś do swoich domków, na zasłużony odpoczynek.
<Celtia? Allison? Któraś z was dokończy?>
Aktualnie jednak jego obowiązkiem był nocny patrol. Nie był sam oczywiście, ale z racji rozległości terenów, podzielili się na odpowiednie rejony. Jemu przypadła część od Fiołkowej Doliny i całość drogi do wioski. Właśnie gdzieś między tymi dwoma punktami dostrzegł dwie postacie. Szły prosto w kierunku wioski, choć sadząc po posturach były to elfki…jeśli nie ranne to przynajmniej mocno zmęczone. Pewności nie miał więc początkowo tylko obserwował ich poczynania. Przyglądał się dokładnie obu postaciom i świtało mu, że chyba widział je w wiosce…chyba powinien się zacząć jednak bardziej interesować, kto dokładnie znajduje się wśród mieszkańców, bo znowu będzie narażony na podobna sytuację jak z Astarothem.
W końcu, kiedy były już całkiem niedaleko wejścia na teren samej wioski i zabudowań odezwał się. Musiał się upewnić, wciąż jednak nie pozwolił zobaczyć swojej osoby.
- Kto idzie? – głos miał pewny.
- yyy…a kto mówi? – rzekła jedna z nich, o jasnych, chyba białych włosach.
Druga z elfek o długich miedzianych włosach odwróciła się, szukając właściciela głosu.
- Chyba logicznym jest, że należymy do wioski…myślisz, kimkolwiek jesteś -, że jako wróg tak beztrosko byśmy tu wchodziły? – w jej głosie czuć było wyraźną irytację – jesteśmy zmęczone i głodne, więc skończ z przedstawieniem i daj nam w spokoju wrócić do domków.
Mimo rozdrażnienia, jakie słyszał w jej głosie, aż się zaśmiał cicho. Miała tupet. Kiedy jednak się odezwał, głos miał na powrót chłodny.
- Nie każdy jednak z wioski wraca o tej porze do swoich domków. Standardowo jest to czas snu i odpoczynku..prawda?
Elfki spojrzały na siebie szepcząc coś cicho.
- Wracamy z wyprawy o której Amina została powiadomiona, będziesz mógł to sprawdzić później…jak już pozwolisz nam odpocząć…- dokończyła nadal poirytowana.
Wytłumaczenie dobre jak każde inne, ale rzeczywiście mógł to sprawdzić rano.
- Poproszę jeszcze tylko o imiona dla potwierdzenia i możecie iść – to rzekłszy wyłonił się z ciemności, nadal stając w pewnym oddaleniu. Łuk opuścił już przy pierwszych ich słowach.
Elfki zlustrowały go wzrokiem i obie parsknęły.
- Ja jestem Allison – powiedziała jasnowłosa – a to moja przyjaciółka Celtia – wskazała na rudowłosą a Ty to…?
- Iriael – zamiast niego odpowiedziała Celtia – wojownik – dodała jeszcze jakby przypominając sobie jego funkcję.
Lekko drgnął. Niedobrze. Zdecydowanie powinien zaznajomić się przynajmniej z imionami i wyglądem mieszkańców wioski, by następnym razem nie strzelać głupotami. Pokiwał więc tylko głową.
- Wybaczcie więc, moje pytania, ale takie już moje obowiązki. Życzę udanej nocy i snu.
Skłonił się lekko i odszedł w cień, czekając tylko jak obie elfki po chwili szeptów odwracają się i ruszają gdzieś do swoich domków, na zasłużony odpoczynek.
<Celtia? Allison? Któraś z was dokończy?>
Od Oskara do Iriaela "(Nie)samotny patrol" cd.
-Ech... No więc...Ostatnio coś mam zły humor. Nie wiem co się dzieje...
-Hm...Nie mam chyba na to żadnej rady... Ale coś pomyśle... - odpowiedział.
-Co tam u ciebie? - zapytałem.
-Po staremu, nic ciekawego - usiadł koło mnie na trawie.
Zaczęła się rozmowa. Gadaliśmy i gadaliśmy. Wydawało się, że gadamy dwadzieścia minut, a minęła godzina, a rozmowa nie miała zamiaru
się kończyć. Czas leciał szybko.
Nagle Iriael przerwał mi wypowiedź i powiedział:
(Brak weny, dokończ xd)
-Hm...Nie mam chyba na to żadnej rady... Ale coś pomyśle... - odpowiedział.
-Co tam u ciebie? - zapytałem.
-Po staremu, nic ciekawego - usiadł koło mnie na trawie.
Zaczęła się rozmowa. Gadaliśmy i gadaliśmy. Wydawało się, że gadamy dwadzieścia minut, a minęła godzina, a rozmowa nie miała zamiaru
się kończyć. Czas leciał szybko.
Nagle Iriael przerwał mi wypowiedź i powiedział:
(Brak weny, dokończ xd)
niedziela, 15 września 2013
Od Lidii "Szpiegowska podróż życia"
Wstałam o 4:00 żeby w spokoju zjeść śniadanie i poukładać sobie myśli w głowie. Wyruszałam w podróż szpiegowską z chyba najbardziej wrednymi osobami w wiosce nasz skład wyglądał tak: Eller, Amersau, Archi (nigdy nie umiałam zapamiętać pełnego imienia) i ja. Wyszłam z domku o 4:50 i skierowałam się w kierunku Fiołkowej Doliny po Meyume. Równo o 5:00 byłam na miejscu reszta "podróżowiczów" już tam była
-Witajcie!
-Cześć - odpowiedziały mi trzy głosy każdy z odpowiednią nutką sarkazmu . Cudownie - pomyślałam
-No to kiedy wyruszamy? - Zapytała Eller
-Teraz. na jednorożce i kierunek południe! - powiedziałam pogodnie. A trzy pary oczu spojrzały na mnie z niedowierzaniem. Zapewne każdy z nich zdawał sobie sprawę co to będzie za podróż. Ledwie wyruszyliśmy Amer i Archi zaczęli się przekomarzać. Stwierdziłam że dopóki nie wywiąże się z tego coś groźnego nie będę się wtrącać.
-Jak daleko to jest? - Zapytała się nagle Eller
-Sama nie wiem... Nie mam niestety dokładnych danych.
-Ale ja wiem... - odezwał się Archibald, a trzy pary oczu spojżały na niego pytająco
-Wywodzę się z tam tond -wyjaśnił - a odpowiadając na twoje pytanie, Eller jakieś trzy dni drogi z tond
-W porządku.
-W tym czasie mój jednorożec zaczął zwalniać a z nim cała reszta.
-Co się dzieje? - Zapytałam na głos.
-Ludzie... - powiedzieli na głos. Teraz i ja to usłyszałam. Grupa ludzi o 20 osób szło w naszym kierunku.
-Szybko schowajcie się! - Gdy ludzie przeszli zapytałam się na głos:
-Co oni robią w tych stronach?! To nie wróży nic dobrego szkoda że nie możemy ostrzec Aminy. - Ruszyliśmy dalej. Po jakiejś godzinie jazdy zarządziłam postój. Wszyscy wyjęli jedzenie i odprężyli się. Niestety zbytnio się odprężyli. Ani się obejrzeliśmy już byliśmy otoczeni przez grupę ludzi.
-A niech to... - Mruknęłam - Będziemy musieli walczyć... - I rozpętało się piekło. Ludzie mieli dużą przewagę liczebną. Gdy wydawało nam się że już ich pokonaliśmy zebraliśmy się w jedną grupę.
-A gdzie Amersau? - zapytałam. Rozejrzeliśmy i nagle to zobaczyliśmy. Elfka stała otoczona przez istoty śmiertelne dzielnie walcząc. Szybko pomogliśmy jej się z tym uporać.
-No to po kłopocie. Te istoty kompletnie nie potrafią walczyć. Sama bym sobie świetnie poradziła. - powiedziała Amersau
-A myśmy stali z boku i się patrzyli? Daj spokój musimy ruszać w dalszą drogę.
-Dobra, skoro trzeba ale następnym razem zostawcie mnie w spokoju, umiem walczyć.
-Planujesz jakiś następny raz? Nie wiem jak ty ale ja mam dosyć atrakcji jak na tą podróz. fajnie by było gdyby jednak nikomu nic się nie stało w trakcie tej wyprawy...
<Amersau ciągnij dalej tą rozmowę>
-Witajcie!
-Cześć - odpowiedziały mi trzy głosy każdy z odpowiednią nutką sarkazmu . Cudownie - pomyślałam
-No to kiedy wyruszamy? - Zapytała Eller
-Teraz. na jednorożce i kierunek południe! - powiedziałam pogodnie. A trzy pary oczu spojrzały na mnie z niedowierzaniem. Zapewne każdy z nich zdawał sobie sprawę co to będzie za podróż. Ledwie wyruszyliśmy Amer i Archi zaczęli się przekomarzać. Stwierdziłam że dopóki nie wywiąże się z tego coś groźnego nie będę się wtrącać.
-Jak daleko to jest? - Zapytała się nagle Eller
-Sama nie wiem... Nie mam niestety dokładnych danych.
-Ale ja wiem... - odezwał się Archibald, a trzy pary oczu spojżały na niego pytająco
-Wywodzę się z tam tond -wyjaśnił - a odpowiadając na twoje pytanie, Eller jakieś trzy dni drogi z tond
-W porządku.
-W tym czasie mój jednorożec zaczął zwalniać a z nim cała reszta.
-Co się dzieje? - Zapytałam na głos.
-Ludzie... - powiedzieli na głos. Teraz i ja to usłyszałam. Grupa ludzi o 20 osób szło w naszym kierunku.
-Szybko schowajcie się! - Gdy ludzie przeszli zapytałam się na głos:
-Co oni robią w tych stronach?! To nie wróży nic dobrego szkoda że nie możemy ostrzec Aminy. - Ruszyliśmy dalej. Po jakiejś godzinie jazdy zarządziłam postój. Wszyscy wyjęli jedzenie i odprężyli się. Niestety zbytnio się odprężyli. Ani się obejrzeliśmy już byliśmy otoczeni przez grupę ludzi.
-A niech to... - Mruknęłam - Będziemy musieli walczyć... - I rozpętało się piekło. Ludzie mieli dużą przewagę liczebną. Gdy wydawało nam się że już ich pokonaliśmy zebraliśmy się w jedną grupę.
-A gdzie Amersau? - zapytałam. Rozejrzeliśmy i nagle to zobaczyliśmy. Elfka stała otoczona przez istoty śmiertelne dzielnie walcząc. Szybko pomogliśmy jej się z tym uporać.
-No to po kłopocie. Te istoty kompletnie nie potrafią walczyć. Sama bym sobie świetnie poradziła. - powiedziała Amersau
-A myśmy stali z boku i się patrzyli? Daj spokój musimy ruszać w dalszą drogę.
-Dobra, skoro trzeba ale następnym razem zostawcie mnie w spokoju, umiem walczyć.
-Planujesz jakiś następny raz? Nie wiem jak ty ale ja mam dosyć atrakcji jak na tą podróz. fajnie by było gdyby jednak nikomu nic się nie stało w trakcie tej wyprawy...
<Amersau ciągnij dalej tą rozmowę>
Subskrybuj:
Posty (Atom)