wtorek, 29 października 2013

Od Anabelle "Moja historia"


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Przeszłość~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Piękny, ciepły letni ranek. Już od szóstej było słychać jak małe elfiki hałasują przed moim szałasem. Obudziłam się. Przyszykowałam sobie śniadanie i zaczęłam jeść. Na stoliku leżała moja stara, zniszczona księga, w której opisywałam od wielu lat nowe zjawiska. Otworzyłam ją i zaczęłam pisać, to czego wczoraj nie zdążyłam, gdy skończyłam opisywać i jeść śniadanie przeprałam się i wyszłam na dwór. Promienie słońca zaatakowały moje oczy. Zmrużyłam je i ruszyłam w stronę domku Evey, która była szamanką a jednocześnie moją najlepszą przyjaciółką. cichutko weszłam do środa. Zobaczyłam, że jest zajęta tworzeniem nowych eliksirów na różne choroby.
-Przepraszam, że przychodzę tak bez uprzedzenia, ale chciałam z tobą trochę potrenować..
-Nie widzisz, że jestem zajęta?-Była oschła, zimna. Zupełnie inna niż zawszę usiadłam w kąciku.
-Ale mi obiecałaś, że rano poćwiczymy żywioł ognia i pobawimy się magią.
-Nie możesz tu być.. Nie chce mieć z tobą nic w spólnego! Wyjdź, wyjdź!-Zaczęła krzyczeć a w drzwiach pojawiła się moja mama. Wyciągnęła mnie z Evey domu i zaciągnęła do władcy naszej wioski, z którym miała romans. Płakałam całą drogę, próbowałam z nią rozmawiać, ale ona nic z tym nie robiła. Był dla niej ważniejszy kochanek niż ja, jej córka. Mojej matki nigdy nie było w domu, szlajała się po pałacach, była przyszłą władczynią, więc musiała wybrać albo ja, albo wioska i wybrała wioska. Po dotarciu do pałacu rzuciła mnie przed tron Deva. Pokazał mi gęstem ręki, żebym uklękła.
-Czy wiesz co zrobiłaś? Wiedzieliśmy o tobie już wcześniej. Twoja przyjaciółka i matka cię wydały.
-Nic złego nie robię!-Krzyknęłam na protest. Deva wstał i uderzył mnie w twarz mówiąc:
-Nie pozwoliłem ci nic powiedzieć. Pójdziesz teraz ze mną!.- Złapał mnie za koszulkę i szarpnął. Szliśmy po dużych, szerokich schodach, które były połączeniem pięciu pięter. Doszliśmy na miejsce, otworzył jakąś dużo, ciemną komnatę, która była pusta. W środku było tylko łoże, kilka szafek. Pchnął mnie na łóżko i zaczął rozbierać. Zaczęłam go gryźć, bić. Co tylko się dało żeby zostawił mnie w spokoju. W tedy wyjął sztylet i przyłożył mi go do szyi.
-Jeszcze raz mnie uderzysz albo krzykniesz to cie zabije! -Zaczął przyciskać tak sztylet, że na mojej szyi zrobiło się małe cięcie, z którego zaczęła się lać bardzo czarna, gęsta krew. Prawię, że czarna. Władca miał to gdzieś przycisnął mnie swoim ciałem. Kiedy miał zaczynać przez okno wleciała dziwna istota, która odepchnęła go. Wydostała mnie z pałacu wcześniej ubierając w jakież szare, polarowe szaty.
-Kim jesteś? -zapytałam, lecz dziwna postać nie odpowiedziała. Postawiła mnie na ziemi. Zobaczyłam wszystkie moje zeszyty, księgi, rysunki, pióra, ołówki. Wszystko.
-Jesteś tu, bo zrodziły cię anioły dlatego też musisz uważać na różne nieprzyjemne okoliczności. Jeśli jednak będzie potrzeba ni pomoc zawszę przyjdę i pomogę-powiedziała istota dziwnym głosem i rozpłynęła się.
-Hę? Kim jestem? Co mnie urodziło? Co?-Zobaczyłam na swojej szyi dużo, śliczny diament na srebrnej lince. Spakowałam swoje rzeczy w worek i ruszyłam w drogę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Teraźniejszość~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
-Evoy, nie podoba mi się ta opowieść! -powiedziała Nave i zamknęła moją księgę, w której opisywałam każdy mój dzień.
-Oj Nave, nie chcesz posłuchać jak tu trafiłam? -Uśmiechnęłam się.
-Chcę, ale to jest straszne.
-Jeszcze tylko kilka kartek, kilka dni, proszę nie przerywaj mi.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Przeszłość~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Następnego dnia doszłam do wodopoju. Bardzo chciało mi się pić, więc nalałam sobie w wyczarowany dzbanek.
Wypiłam wszystko na raz. Nalałam sobie trochę na drogę. Szłam, szłam i szłam aż doszłam do jakiegoś brzydkiego trolla, który spal sobie w najlepsze. Miałam zamiar przemknąć koło niego cicho. Troll niestety się obudził.
-Kim jesteś? I co to za ładny kamień masz na naszyjniku?
-Je-jestem Evoly i to jest moje, więc ci ci nie-nie dam.
-Nie przejdziesz jak nie dasz czegoś w zamian.
-Grrr-Moje włosy i oczy zrobiły się czarne. Odepchnęłam trolla za pomocą magii i szybko uciekłam.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~Teraźniejszość~~~~~~~~~~~~~~~~~~
-Doszłam do wielkiego...-Przerwała jej Nave
-Evoly, ktoś idzie.
-Znasz tą osobę? -Z daleka spostrzegłam wysokiego elfa, ale nie widziałam dokładnie czy to kobieta czy chłopak. Spakowałam swoje rzeczy i usiadłam na grzbiecie Nave.
-Już lepiej pójdźmy może.. Dokończę ci to w domu. Musisz wiedzieć jak nauczyłam się rozmowy ze zwierzętami.
-Tak, muszę. Ale to są bite dwa miesiące. Może omijaj niektóre rozdziały..
-No okej. -Ruszyłyśmy w stronę wioski, w stronę mojego domu. Władca wyznaczył mi mieszkanie w środku pagórka, koło rzeki. Gdy tam szłyśmy, jakiś elf ukazał się przed nami.
-Hej, uważaj! -powiedziałam.~
-Fajna opowieść.. znaczy jej część -odparł elf.
-Czemu podsłuchujesz?! To bardzo nie ładnie!-Moje oczy zrobiły się czarne a Nave wolno zaczęła się cofać. -Kim jesteś? -dodałam


<Jeśli może ktoś dokończyć, to niech to zrobi ; ) >

Nowy elf!


Imię: Anabell
Płeć: kobieta
Wiek: 85 lat
Żywioł: Powietrza i wody
Moce: Świetnie opanowała magie, żywioł wody i powietrza. Aktualnie uczy się żywiołu ognia i ziemi. Panuje nad cieniem, rozumie mowę zwierząt i roślin. 
Cechy: Kocha naturę. Cały swój czas poświęca na zwierzęta i rośliny. Jest miła, grzeczna, kulturalna, pomocna, odważna. Kocha przygody, niebezpieczeństwo. Kiedy maiła 30 lat, to rodzina i przyjaciele wygnała ją z wioski. Radziła sobie cały czas sama. Dzięki odwadze dotarła aż tu. Przez to nie ma zaufania do innych. Nienawidzi egoistów, chamów, palantów. Nie wierzy w miłość ani przyjaźni po miedzy elfami, ale nie przeszkadza jej to , jeśli innym jest z tym dobrze to jej też.
Nadzwyczajne umiejętności: Kiedy ktoś ją wkurzy i zrobi się agresywna to jej oczy, i włosy robią się czarne, a w tedy może powalić wszystko co stanie jej na drodze. Opanowała żywioł powietrza, wody i cień najlepiej z wioski.
Historia: Kiedy została wygnana, to postanowiła nie poddawać się i dalej rozwijać swoją umiejętności. Przeszła ciężką, wyczerpującą drogę, gdy doszła do dziwnego, magicznego źródła przejrzała się w nim i dostrzegła odbicie dziwnego konia, o którym czytała w różnych księgach. Koń był maści jasnej, na środku czoła miał wbity biały róg. Wstała i popatrzyła jednorożcowi prosto w oczy. Była to klacz o imieniu Nave. Klacz pokazała głową elfce a ta wsiadła na jej grzbiet. Zabrała ją do wioski i tam poznała przywódczynie. 
Rodzina: dla niej nie istnieje. 
Jednorożec: Nave
Stanowisko w wiosce/lesie:  opiekunka dzieci
Partner: Szuka, ale nie wierzy w milość.
Właściciel: elfikap
Inne: zmiana w gryfa. 

środa, 23 października 2013

Nowy elf!


Imię: Jarvana(Czytać Drzarwana)
Płeć: Kobieta
Wiek: 100 lat
Żywioł: natura
Moce: wszystko co związane z jej żywiołem 
Cechy: Mądra,inteligentna,odważna,heroiczna,pewna siebie,miła ale czasami...szkoda gadać,sarkazm to jej drugie imię,czasami złośliwa i opryskliwa,poważna ale czasem lubi pożartować,urocza na pierwszy żyt oka,ostra jak sztylet,ostrożna(do butów wkłada noże),przezorna,nieprzewidywalna,szalona,przebojowa,nadzwyczajna,bezwzględna
Nadzwyczajne umiejętności : telepatyczna rozmowa ze zwierzętami,rozmawianie z duchami lasu,ukrywanie swojej energii
Historia: Wraz ze swym bratem Sokkom podróżowali,pochodzili z Japonii,pewnego razu jej brata zabił dziki pegazorożec a ona uszła z życiem. Podróżowała samotnie aż pewnego razu natknęła się na Kastiela który ją tu przyprowadził. 
Rodzina: Miała kiedyś brata Sokke ale go zabito
Jednorożec: Amadeus
Stanowisko w wiosce/lesie: wojowniczka
Partner: Zakochana w Kastielu 
Właściciel: RainbowDragon1
Inne: Umie się zmieniać w magicznego wilka i jednorożca :

Od Eller do Amersau i pozostałych "Szpiegowska podróż życia" cd.

Kiedy nasza droga „Pani Matka” wyszła, wymieniłyśmy z Lidią ponure spojrzenia. Opadłam bez gracji damy na większe łóżko z jękiem. 
- Nie wiem jak ty, ale ja już nie wstanę – powiedziałam, kopniakami zdejmując pantofle. – Boże, jak ja nie znoszę takich butów…
Lidia uśmiechnęła się niewesoło. 
- A więc śpisz z Amersau, zrób jej miejsce.
Uniosłam brew.
- Czy ona czasem nie zaproponowała, że przenocuje na podłodze? 
Jasnowłosa elfka bezceremonialnie wyciągnęła z komody parę koców, przy czym udzielił jej się mój złośliwy uśmieszek.
- Racja – powiedziała.
Dorzuciłam do tego poduszkę, a potem zdmuchnęłam świecę na szafce nocnej. 

- Droga siostro, wstawaj! – zaćwierkała Lidia nad moim uchem. Spałam dalej uparcie i wyniośle, ostentacyjnie przekręcając się do niej plecami.
Bezlitośnie ściągnęła ze mnie kołdrę, na co ja tylko skuliłam się i nakryłam głowę poduszką.
- Głupia, zimno…. – jęknęłam cierpiętniczo, ale Lidia odezwała się tym razem nie do mnie. 
- Pani Matko… Pani Matko, zbudź się, już świta! 
Zachichotałam, unosząc się na łokciach. Amersau – zaspana, z podkrążonymi oczami i potarganymi włosami- wyglądała jak chodzące (a ściślej biorąc śpiące) nieszczęście. Prawdą chyba jest, że złość piękności szkodzi. Obdarzyła nas wściekłym spojrzeniem, jakby słyszała moje myśli. 
- Kochana moja… - rzuciła do Lidii z przesłodkim uśmieszkiem. – Dzięki ci, żeś swoją rodzicielkę przywróciła do światłości… a teraz łaskawie usuń się z widoku, bo jeszczem skłonna do przesunięcia cie siłą…
W tej chwili wypadłam z wątku kłótni, grzebiąc w mojej torbie podróżniczej. 
- Żadna chyba rodzina nie skacze sobie do gardeł tak, jak my,… - mruknęłam do siebie. Wciągnęłam znów zieloną suknię, równie znienawidzone pantofle i zaczęłam z zamyśleniem czesać włosy, przyglądając się wieży ratuszowej, górującej nad domkami miasteczka, powoli budzącego się do życia. Nie byłam wrażliwą istotką, wzdychającą na widok jakichś tam widoczków, ale dosnałam pewnego deja vu. To miejsce przypominało mi inne, bardzo dobrze znane… 
Rozległo się pukanie do drzwi, a po chwili przeszedł przez nie nasz „ochroniarz” i elf z godną politowania fryzurą. 
- Tak? Co panów do nas sprowadza? – spytałam, gdy moje towarzyszki w myślach zapewne wyśmiewały przylizany fryz nieznajomego. 
- Drogie panie – Archibald kiwnął głową. – Oto Fidero, miejscowy tłumacz i przewodnik. 
Zanim opanowałam mimikę, uniosłam z kpiącym wyrazem twarzy brew. 
- A po cóż nam przewodnik, drogi Archibaldzie? – spytała Amersau, która widocznie zaniechała prób morderstwa jasnowłosej córki. 
- Miasto jest bardziej zaplątane i skomplikowane,n iż wam się zdaje, drogie panie – wtrącił się Fidero. Ach, ciągle tylko „Pani Matko”, „kochana siostro” „drogie panie” i „zacny Archibaldzie”! Kręci się od tego w głowie! – A godne uwagi, dystyngowane kramy szwalnicze znajdują się na obrzeżach miasta. Pan Kaan mówi, że takich właśnie szukacie. 
- Więc jak? – spytał Archibald. Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i oznajmił, że czeka ze śniadaniem na dole, w karczmie. W myślach już poczułam aromatyczny, pobudzający zapach kawy…

Suknia była granatowa. Owszem, o bardziej wymyślnym kroju niż poprzednia, z białymi akcentami, szerszą spódnicą, nakładającymi się na siebie warstwami aksamitu i koronką. 
- Czy to są… bufony? – spytałam z niesmakiem.
- Ależ moja droga! – Oburzyła się Amersau, dając mi wyraźny znak, że tak może wysławiać się wojowniczka, ale nie kupiecka córka. Ale cóż miałam poradzić? Ta suknia po prostu mnie odpychała. Może i była ładna, ale zbyt brokatowa i świecąca, szeleszcząca i szeroka. 
Amersau i Lidii łatwo było mówić. Ich suknie były smukłe i długie, lekko tylko rozszerzone, z odpowiednią ilością dodatków. A ja będę wyglądać jak chodząca ozdoba świąteczna. 
- Będzie zbyt rzucać się w oczy – powiedziała cicho Lidia, na co Amersau skinęła głową. 
W końcu po jeszcze paru przymiarkach wyszliśmy z dusznej, zapchanej tkaninami i modelami pracowni –moja „siostra” w kobaltowej z ciemniejszymi wstawkami, a „droga rodzicielka” w butelkowo zielonej, o wiele bardziej pasującej do jej szczekająco rudych włosów, niż poprzednia, purpurowa. Dla mnie strój został jedynie zamówiony – z tej samej granatowej tkaniny i koronki, ale bez bufonów i tak szerokiej spódnicy. Czułabym się niezręcznie w mojej starej sukni, lekko zajeżdżonej i o brzydszym kolorze, gdyby nie towarzystwo Archibalda. Ilością brokatu i błysku pobił nas wszystkie, a ilekroć patrzyłam na jego żaboty i broszki, z trudem hamowałam śmiech. 
Fidero nie odpuścił nam jednak tak łatwo i nasza droga powrotna była o wiele bardziej okrężna, niż planowaliśmy, bo, jak mówił, „nie można odpuścić sobie zobaczenia tych wspaniałych zabytków”. Wróciliśmy więc zmęczeni i znudzeni, o porze późniejszej, niż chcieliśmy. Ze złośliwą satysfakcją zauważyłam, że nasza droga rodzicielka miała na sobie nowe buty na obcasie, które przeklinała wielokrotnie, gdy utykały jej między kocimi łbami.
By odpędzić od siebie nudę i nostalgię przymusowej wycieczki, postanowiliśmy nie zamawiać posiłku do pokoju, tylko zejść na dół, do karczmy. I to okazało się błędem. 

<< Wybaczcie mi słabą jakość, ale jakoś tak mi wyszło… Kto następny? Lidia? >>

sobota, 19 października 2013

Od Dark King Freyr'a "Księga czarów"

Postanowiłem odpocząć od treningów rycerskich. 
Uważam, że jako elf za mało czasu poświęcam nauce czarów, studiowaniu boskich ksiąg i tym podobnych. Dzięki kochanej Finezji podjąłem słuszną decyzję odpoczynku, podczas której oddam się trochę w magiczny świat. 
Gdy już tak przeglądałem księgi w naszej bibliotece, natknąłem się na coś niezwykle ciekawego. Księga Czarów za czasów starego merlina Mecarusa.
"Skąd Amina to ma?" pytałem sam siebie. Od razu do niej poszedłem. 

 - Witaj Dark, co cię do mnie sprowadza? - zapytała pogodnie u progu swego domu. 
 - Mam pytanie. - wyciągnąłem księgę zza pleców - skąd to masz?

<Amina?>

Od Amersau do Archibalda i innych towarzyszy "Szpiegowska podróż życia" cd.

Miasto. Nie byłam w takim od….kiedy ostatnio w ogóle była w tak „cywilizowanym” miejscu? Ze swoich wcześniejszych podróży pamiętałam tylko krótkie postoje, które dotyczyły kolejnych misji, czy dokupienia prowiantu. Starałam się jednak wtedy nie zatrzymywać dużej, niż było to konieczne. Teraz zaś wjechali za mury miasteczka i wręcz uderzył ją gwar, i jakaś dziwna mdląca duchota, która bynajmniej nie poprawiała jej, i tak nadwyrężonego humoru. Wjechali tutaj późnym wieczorem, ale mimo to, miasteczko wydawało się nadal tętnić życiem. Eller i Lidia z zaciekawieniem przyglądały się mijającym postaciom ni to z rozbawieniem, ni z kpiną, czasem może z delikatną dozą podziwu. A i one same przyciągały spojrzenia. Jakkolwiek miała różne zdania na ich temat, ale nikt nie mógłby zaprzeczyć, że były z nich piękne istotki…nawet jeśli musiały zakładać tak idiotyczne stroje. Zastanawiałam się tylko…kto realnie weźmie nas za osoby spokrewnione. Ja – rudzielec jakich mało, Eller z kruczoczarnymi włosami i Lidia z niemal białą jak śnieg fryzurą…Chyba tylko pod względem ciętego języka, były do siebie podobne.
Spojrzałam mimochodem na Archibalda, który wyraźnie swobodniej czuł się w takim miejscu. Jakoś tak dziwnie się wyprostował, jakby chciał „zaznaczyć” mijającym elfom swoją wartość. Był czegoś niepewny? Czy jej się zdawało?.
W całej tej nieszczęsnej sytuacji plusem jednak było to, że w końcu prześpi się w łóżku i normalnie wykąpie…bo choć uwielbiała naturę, to wizyty w przeraźliwie zimnych jeziorach i strumieniach mogą się znudzić każdemu. 
Archibald poprowadził nas do jednej z karczm, w której wynajęliśmy pokój…oczywiście elf zdawał sobie sprawę, że go w progi tego pokoju nie wpuścimy…choć, po dłuższym zastanowieniu, byłabym skłonna zamienić się z nim miejscami. Pokój, w którym się znalazłyśmy nie należał do najlepszych, ale można go było zaliczyć do wygodnych. Niestety jak się okazało, znajdowały się w nim tylko dwa łóżka…jedno dwuosobowe, a drugie pojedyncze…i tego było za wiele. Żadna z nas nie miała zamiaru dzielić „bliższej” przestrzeni, z którąkolwiek z elfek. I nie chodziło nawet o to, że się nie lubiłyśmy…bo mimo wszystko, dało rade to przełknąć, ale zwyczajnie irytował fakt, że po podróży, trzeba nam cisnąć się na jednym łóżku…nawet, jeśli karczmarz uważał nas za rodzinę.
- Ja nie mam zamiaru znajdować się na tym podwójnym…w końcu jesteście siostrami, to się jakoś dogadacie, prawda? – rzuciłam, stając od razu obok pojedynczego posłania przy oknie.
- Nie ma mowy! To Ty będziesz sobie wygodnie odsypiała podróż, a my mamy się tam męczyć? – Lidia nastroszyła się, jakbym rzuciła w nią jakimś przekleństwem.
- I nie zasłaniaj się swoim „matkowaniem”…bo skoro z własną „córką” tak się nie dogadujesz, to może nocka obok Lidii doprowadziłaby do pogodzenia? – zgryźliwość i rozbawienie w tonie głosu Eller wcale nie łagodziło kłótni.
- Wiecie co?...to ja wolę spać na podłodze… – chwilowo miałam dosyć, więc odwróciłam się na pięcie i trzasnęłam na odchodne drzwiami. Szurając swoją „piękną” purpurą sukni zeszłam do stajni z nadzieją, że oporządzenie Eintore nieco złagodzi moją frustrację. Jakoś, wśród wszystkich „żywych” istot, tylko jej rogata przyjaciółka potrafiła nawet swoim milczeniem ją uspokoić….no chyba, że znalazła kogoś, na kim wylewała pokłady goryczy…albo drzewo...albo kamień…tak…cokolwiek, co bez sprzeciwu i w milczeniu, bądź z jeszcze większym oburzeniem obdarowywało ją wiązanką poprawnej niskoslamsowej mowy. Wyobraźnia podbudowała ją nieco, ale nawet tych kilku służących schodziło jej z drogi bez sprzeciwu. Do stajni weszła więc w milczeniu i od razu dostrzegła postać stojącą obok znanego jej jednorożca – Lascara. Archibald widać wpadł na ten sam doskonały pomysł co ona i zamiast wdawać się w kolejne bezsensowne kłótnie, odprężał się w towarzystwie swego wierzchowca. Pretensjonalnie zignorowałam jego obecność i skupiłam się na rozczesywaniu grzywy Eintore, która przyjęła ów gest z wdzięcznością. Choć słów mi się trochę cisnęło na usta, to zmusiłam się do milczenia. Nawet nie wiedziałam dokładnie dlaczego. Może byłam zmęczona? Z zamyślenia wybiły mnie słowa Archibalda.
- W Silliornie spędzimy zapewne co najmniej pięć dni, więc jutro przed wyruszeniem pójdziemy zakupić wam inne ubrania godne dobrze urodzonych osób .
Odwróciłam się już nie wiem po raz który poirytowana.
- Oczekujesz, że będę nosić kolejne takie stroje? Podczas gdy ty chodzisz w tym czym zapragniesz?
- Spokojnie, te były brane na oko, jutro domierzysz sobie dokładniej i będą wygodniejsze. Poza tym ja sam również nie mogę pokazać się w zakurzonym stroju, miej więc satysfakcję, że do domu mojej rodziny wjadę ubrany w wymyślną koszulkę z absurdalnym żabotem i mankietami.
Miałam ochotę go udusić, ale głupim byłoby tracić teraz przewodnika…no i czasami jednak zamiast irytować, w pięknym złośliwym stylu rozładowywał jej skumulowany gniew. No...i chyba zabawnie będzie go zobaczyć w przedstawionym przed chwila stroju. Zdecydowanie pokrzepiająca wizja. Odetchnęłam.
- A więc... Dawno nie odwiedzałeś rodziny? – pytanie nasunęło mi się szybko, chyba za szybko...
- Trochę już czasu minęło. Jakieś czterdzieści lat.
- I nigdy nie dowiadywałeś się co się z nimi dzieje? Aż do teraz?
Archibald zamyślił się, może ważył słowa? Wiedziała, że tak jak ona, nie należał do osób, które dzielą się swoimi doświadczeniami. Jednak czasem, jakieś skrawki informacji wychodzą na „powierzchnię”.
- Kiedyś parę razy wysyłałem do nich listy, czasem otrzymywałem odpowiedzi, ale od parunastu lat raczej żyję sam. A co? Jakiś wywiad?
No tak...i weź tu elfie bądź miły...no…przynajmniej próbowałam. Zdecydowanie lepiej mi wychodzą utarczki słowne, niż rodzinne plotki.
- Tylko zwykłe uprzejme pytanie. Niektórzy bywają czasem uprzejmi.
Na twarzy elfa pojawił się wyraz zdecydowanego zdziwienia. Ha! Tak panie elfie, nawet taka złośliwa istota jak ja, potrafi szarpnąć się na…chwilę słabości…i zapomnieć o swojej manii sarkazmu.
- Wybacz, ale należę do tej garstki ludzi, którzy starają się zrazić innych każdym słowem. Może więc ty się trochę zdradzisz? Jakiś ojciec? Matka?
Parsknęłam w tym momencie śmiechem. Na twarzy elfa pojawił się wyraz jeszcze większego zdziwienia i oczywiście irytacji.
- Jeśli rzekłem coś tak zabawnego, to podziel się proszę, bym i ja mógł się nacieszyć radością uśmiechu…
Spojrzałam na niego nadal wykrzywiając twarz, po czym przybrałam ton nauczyciela.
- Nie wiem, czy zdaje sobie pan sprawę, że nasz świat tak właśnie jest zbudowany…że każda żywa istota posiada swoich rodzicieli...nieprawdaż? W związku z tym, wydaje się być całkowicie logicznym, że nawet i ja takowych posiadam? – Archibald chciał coś wtrącić, ale ciągnęłam dalej, nic nie robiąc sobie z jego „zabiegów”. Tym razem jednak ton mojego głosu zmienił się. Odwróciłam się do Eintore, która lekko skubała mnie w ramię.
- Gwoli ujaśnienia…w moim wypadku…jest ojciec, jest brat i była matka. 
- Była? …
- No była.
- Już jej nie ma?
- Nie ma – powtórzyłam machinalnie, jak echo.
- Coś jej się stało? – odwróciłam się słysząc te pytanie. Skąd u niego ta nagła wścibskość? W spojrzeniu jednak nie dostrzegłam ani krzty kpiny.
- Wiesz, elfom zdarza się umierać prawda? Nie widzę w tym fakcie nic nadzwyczajnego…z tego co wiem, u nas w wiosce znajduje się trochę osób całkowicie bez rodziny, więc nie jestem wśród strasznie pokrzywdzonych przez los… - słowa jednak mówiłam z nutą goryczy, której chyba nie umiałam ukryć.
Elf jakimś cudem nie skomentował mojego nagłego zwierzenia i tylko mruknął coś niezrozumiale. Zapadła drażniąca cisza, dlatego pokręciłam głową, nakleiłam sobie uśmiech numer „7” i z wyolbrzymioną wesołością ruszyłam znowu na górę, rzucając jeszcze przez ramię:
- Idę zająć swój kawałek podłogi…
Archibald odwzajemnił ten sam co zwykle, uprzejmy uśmiech, wstał i skierował się do wyjścia, w druga stronę niż ja. Wzruszyłam ramionami. Nie sądziłam, by o tej porze wybierał się na spacer, ale kto by go tam wiedział?
W pokoju zastałam już śpiące elfki. Oczywiście każda na jednym łóżku…sama się o to prosiłam, ale oczywiście i tak byłam zła. Litościwie rzuciły mi kilka przydatnych elementów, bo znalazłam na podłodze materac i koc. „Ah, kochane córeczki…” pomyślałam i ułożyłam się do niespokojnego snu.
Obudziło mnie szarpnięcie za ramię.
- Pani Matko...Pani Matko, zbudź się, już świta! – głos przepełniony fałszywą uprzejmością należał do Lidii. Potem usłyszałam zaspane parskanie śmiechu u Eller. 
Podniosłam się z mego posłania i na powitanie spiorunowałam jasnowłosą elfkę nieprzyjemnym spojrzeniem, potem jednak uśmiechnęłam się.
- Kochana moja…dzięki Ci, żeś swoją rodzicielkę przywróciła do światłości…a teraz łaskawie usuń się z widoku, bo jeszczem skłonna do przesunięcia Cię siłą… Oczy zajarzyły mi się ognikami i Lidia odskoczyła gwałtownie.
- Chyba nie jesteś aż tak głupia, aby tutaj cokolwiek podpalać?
- Cokolwiek – nie, ale Ciebie – tak, jeśli wyprowadzisz swoją kochaną matkę z równowagi….
- Przypomnij sobie, że nie jesteśmy tutaj dla przyjemności…- rzuciła elfka, po czym podeszła do „swojego” łóżka. Chciałam oczywiście jej odpyskować, ale uniosła rękę uciszając mnie…”a to smarkula…”
- Lepiej chodźmy poszukać sobie nowych sukien – rzuciła, a ręką wskazywała na okno i Eller, która z zainteresowaniem przyglądała się czemuś. Wstałam i tez zbliżyłam się do elfek. 
Za oknem krajobraz jakich wiele, budzące się do „życia” miasteczko, nawołujący sklepikarze, biegające dzieci i kolorowe postacie spieszących się elfów, a wśród przechodzących rozpoznała Archibalda w towarzystwie jasnowłosego jegomościa, strojnie ubranego. O co znowu chodziło?
Chwilę później usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Stał w nich oczywiście pan Kaan i widziany wcześniej, nieco fircykowaty elf. W tym momencie każda z nas miała ochotę parsknąć, bo ufryzowana grzywka nowego towarszysza, była niecodziennie zaokrąglona i błyszcząca. 
Standardowo, to Eller pierwsza się ogarnęła.
- Tak? Co panów do nas sprowadza? – uśmiechała się przy tym uprzejmie, a po wcześniejszych emocjach nie było nawet śladu.

<No to masz swoją kolej Eller :)> 

piątek, 18 października 2013

Od Aquy "Zaginęła" cd.

Był wczesny ranek, umyłam się, ubrałam i zjadłam śniadanie. Poszłam do Augusta a ten jeszcze nawet nie wstał! Poczekałam 15 minut i poszłam po konia, natomiast August musi iść pieszo, gdyż Amina nie pozwoliła mu na jednorożca i mu nie ufa a powinna, przynajmniej ja mu ufam i to mu najwyraźniej wystarcza, z resztą się nie dziwi, kto by ufał synowi wrogiemu plemienia ale warto dać mu szansę. O ósmej wyruszyliśmy. Ta podróż będzie jak szukanie igły w stogu siana ale czego się nie robi dla rodziny. Oboje milczeliśmy, czasami na siebie spoglądając.Chodziliśy po lesie i jej szukaliśmy. Nigdzie na terenie naszej wioski jej nie było. No to zostało nam droga wiecznej zimy. Stało się strasznie zimno. Śnieg skrzypiał pod kopytami mego wierzchowca, założyłam mojej klaczy derkę aby nie zmarzła. Nie było żadnych śladów, pewnie śnieg je przykrył. Po 30 mn. wędrówki ujrzałam ślady .....Nadzieji!!! ale szybko się urwały, nie wiem czemu.Zbliżała się noc więc rozbiliśmy obóz. Trudno byłoby rozpalić ognisko gdyby nie to że August ma moc ognia. Nim usnęłam usłyszałam dziwne dźwięki a po chwili ujrzałam tysiące oczu. przeraziłam się. Usłyszałam warczenie.. wilków. Sami się w wilki zamieniliśmy a August wyjaśnił im w wilczym języku n ich terenie i spytał o moją siostrę. August po rozmowie z watahą powiedział że widzieli ją, tesz rozbiła obóz i nic więcej nie wiedzieli ale pewnie poszła dalej ścieżką, i my tak zrobimy...